niedziela, 1 listopada 2015

11

Długo nie docierało do mnie co jej zrobiłem. Tak naprawdę zrozumiałem to dopiero następnego dnia przy śniadaniu. Kiedy weszła do jadalni i nasze spojrzenia spotkały się dosłownie na chwilę. Jej nie było przykro, ze względu na to co kiedyś do mnie czuła. Ona cierpiała.
Potem umiejętnie unikała mojego wzroku i nie dawała po sobie poznać tego co czuje. Śmiała się z żartów Nialla i planowała z Harrym jak odegra się na Zaynie. Nikt nie powiedziałby, że coś ją gryzie. Nikt z wyjątkiem mnie, znam Alex lepiej niż siebie.
Po śniadaniu pomogła Meg w sprzątaniu, tak ja zawsze, a potem uciekła do swojego pokoju. Wiem, że mnie unika, boi się mnie. To sprawia, że czuję się jeszcze podlej. Chcę jej wszystko wytłumaczyć. Nawet nie po to, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia, muszę coś zrobić aby jej ulżyć.
- Już wczoraj mi się wydawało, że coś jest nie tak - nie wiadomo skąd obok mnie pojawił się Harry - Dawno nie widziałem jej tak przybitej.
Harry i Alex się przyjaźnią od samego początku. Są w tym samym wieku, dobrze się dogadują. Właściwie już się do tego przyzwyczaiłem, ale mimo to czuję irytację, słysząc słowa Stylesa. Nie znał jej aż tak dobrze, dlaczego on to zauważył?
- Myślałem, że mówicie sobie wszystko - burknąłem i dopiero po chwili zorientowałem się, jak to zabrzmiało. Staram się jednak tego nie pokazać. Włożyłem ręce do kieszeni i przybrałem obojętny wyraz twarzy.
Harry spojrzał na mnie podejrzliwie.
- A jest coś, co powinna mi powiedzieć?
Milczę, bo zdaję sobie sprawę, że sam się wsypałem. Nie wiem co mu odpowiedzieć. Zabiłby mnie, gdyby się dowiedział, co zrobiłem Alex. Chociaż właściwie, to na to zasłużyłem.
Wzdycham, przeczesując ręką włosy.
- Spierdoliłem wszystko, Harry.
Chcę mu o wszystkim opowiedzieć, ale niespodziewanie pojawia się Colin. Zmierza nas surowym wzrokiem i zaprasza do swojego gabinetu. Czyli o wszystkim już wie.
Idę z Harry za Colinem. Kiedy znajdujemy się w odpowiednim pomieszczeniu, okazuje się, że Niall, Zayn i Liam już tam czekają. Każdy zastanawia się, co tak zdenerwowało mężczyznę.
Colin staje za biurkiem, poprawiając spinki przy mankietach. Przyglądałem mu się w napięciu.
- Jest coś, co muszę wam pokazać - powiedział lodowatym tonem - Usiądźcie.
Wszyscy natychmiast go posłuchali, zajmując miejsca na kanapach. Colin w tym czasie szukał czegoś w swoim laptopie. Kiedy skończył odwrócił go w naszą stronę i wcisnął play.
Filmik był krótki i rozgrywał się w naszej kuchni. Widziałem Tracy opuszczającą ramiączka sukienki. Zbliżała się zmysłowym krokiem do mężczyzny stojącego jak kołek. Po chwili rzuciła mu się w objęcia, całując przy tym każdy skrawek jego twarzy. Następnie widzę zdruzgotaną Alex i siebie odtrącającego Tracy.
Spuściłem wzrok. Co ja, kurwa, zrobiłem?
- Alexandra już widziała to nagranie - kontynuował Colin. Czułem na sobie jego oskarżycielskie spojrzenie - Wspólnie zdecydowaliśmy, że lepiej będzie jak na tym incydencie zakończymy naszą współpracę - uniosłem głowę - Alexandra zrezygnowała.
Unoszę zaskoczony brwi. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Spoglądam na chłopaków, szukając w nich wsparcia. Oni jednak milczą i unikają mojego spojrzenia. Zupełnie jakbym to im zrobił krzywdę, a nie Aly. Harry siedzi z mocno zaciśniętą szczęką. Jest zdenerwowany, Alex to również jego przyjaciółka. Ja też odczuwam złość. W tym momencie powinienem usłyszeć solidny opierdol, a następnie nakaz wyjaśnienia wszystkiego Alex. Tak jak robią prawdziwi kuple.
Nic takiego nie ma miejsca.
Trwa ta jebana cisza, która wkurwia mnie jeszcze bardziej. Mam tego dosyć. Wstaję z kanapy i wychodzę z gabinetu trzaskając głośno drzwiami. Potem ruszam do ogrodu. Muszę ochłonąć i przemyśleć wszystko na spokojnie. Nie pozwolę Alex tak po prostu odejść.

Stanąłem przed jej drzwiami, opierając czoło o chłodne drewno. Denerwuję się, jak dzieciak. Wiem, że nie mogę teraz nawalić. Nie dopuszczę, aby stąd wyjechała. Nie teraz.
Zapukałem, lecz nie doczekałem się odpowiedzi. Byłem jednak pewny, że Alex znajduje się w środku. Przycisnąłem klamkę.
Na kanapie leżała walizka, z której wystawały ubrania. Wokół panował bałagan, porozrzucane przedmioty walały się po całym pokoju. Nie wiedziałem, że Alex przywiozła ze sobą tyle rzeczy. Teraz jednak miało to najmniejsze znaczenie.
Nagle Alex wyszła z łazienki z kosmetyczką w ręce. Spojrzała na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Nie pozwoliłam ci wejść.
Puszczam jej komentarz mimo uszu.
- Nie możesz teraz odjeść. Potrzebujesz tych pieniędzy.
Alex wzruszyła ramionami i podeszła do walizki. Wrzuciła do niej kosmetyczkę. Nie było po niej widać żadnych emocji, była zupełnie zamknięta. Wszystko bym oddał, aby teraz wiedzieć o czym myśli.
- Rozmawiałam z Colinem. Za te półtora miesiąca dostanę akurat tyle, aby spłacić długi z prawie wszystkimi odsetkami.
Pakowała kolejne rzeczy do tej cholernej walizki. Czułem, że z każdą chwilą coraz bardziej ją tracę.
- A studia?
Pamiętam jak opowiadała mi, że chce studiować sztuki piękne. Zawsze pięknie rysowała, historię sztuki ma w jednym palcu. Byłaby idealną studentką.
Widząc jej zawahanie wszystko rozumiem.
- To twoje marzenie, nie możesz tak po prostu zrezygnować.
- Założymy się?
- I co potem? Do końca życia będziesz pracować jako kelnerka w barze?
Alex wzruszyła ramionami, unikając mojego wzroku.
- Czemu nie, lubiłam tą pracę.
- Stać cię na więcej - podszedłem do niej - Nie niszcz sobie przyszłości. Ani ja ani Tracy nie jesteśmy tego warci.
Alex podniosła głowę i napotkałem jej pełne wyrzutu spojrzenie.
- Nie odchodzę przez to, że pieprzyłeś się z Tracy. Możesz sobie sypiać z kim chcesz, nic mi do tego.
Jednocześnie poczułem ulgę i ukłucie żalu. Gdzieś w głębi miałem nadzieję, że jej zależy.
- Więc dlaczego?
Alex otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć i niemal natychmiast je zamknęła. Miałem wrażenie, że walczy ze łzami. Nie wiem, co mną kierowało, ale ująłem jej twarz w swoje dłonie tak, aby patrzyła mi w oczy. Byłem świadomy, że to ostatnie czego teraz chciała, ale musieliśmy szczerze rozmawiać.
- Dlaczego? - powtórzyłem.
Na jej twarzy pojawiły się łzy. Spływały powoli po jej delikatnej skórze.
- Nie jestem maszyną, Louis. Byłam idiotką sądząc, że uda mi się udawać twoją dziewczynę i potem tak po prostu zniknąć. Nie da się tak.
Kciukiem wytarłem jej policzki.
- Może ty potrafisz udawać - kontynuowała - Ale ja nie. Nie jestem w stanie dalej tego ciągnąć. Znajdziesz sobie jakąś dziewczynę.
Przez chwilę analizowałem jej słowa. Zastanawiam się, co jej odpowiedzieć. Czuję, że zdejmuje moje dłonie ze swojej twarzy i znów się odwraca, do walizki.
Chyba czas na prawdę.
- Nie będzie żadnej innej dziewczyny, Aly - mówię wreszcie - Nie chcę nikogo innego.
Alex patrzy na mnie zszokowana nagłym wyznaniem. Sam jestem zaskoczony tym, co mówię. Nie czuję jednak, abym kłamał.
- Tak jak już ci mówiłem, na samym początku byłem zirytowany samą twoją obecnością - zaczynam a słowa bez wysiłku wypływają z moich ust - Szybko jednak to się zmieniło, a teraz jest nawet na odwrót. Nie mogę pozbyć się ciebie z moich myśli, jestem zazdrosny gdy widzę jak dobrze bawisz się z chłopakami, patrzę na ciebie i czuję, że mógłbym tak patrzeć godzinami - robię chwilową pauzę, bojąc się reakcji dziewczyny, ta jednak milczy więc kontynuuje - Dużo się między nami wydarzyło i potrzeba czasu aby to naprawić. Zrobiłem masę głupich rzeczy, których nadal żałuję. O wielu nie masz pojęcia i jestem gotów jak nigdy wcześniej, aby ci o nich wszystkich opowiedzieć. Czuję, że uczucie z przed lat wraca, Aly. I jeśli się postaramy, wyjaśnimy sobie wszystkie niedopowiedzenia, to naprawdę może nam się udać. Wierzę w to. Naprawdę mocno.
Alex patrzyła na mnie w zamyśleniu. Przyglądała się mojej twarzy, jakby próbowała z niej czytać. Wydawało mi się, że mijają godziny. Teraz jeszcze bardziej chcę wejść do jej głowy, poznać myśli. W tej chwili cisza była jak kat, z każdą sekundą coraz mocniej cierpiałem.
Alex położyła dłoń na moim policzku i kciukiem jeździła po moim zaroście. Jej oczy nagle pociemniały, co mnie zaniepokoiło.
- Ale ja w to nie wierzę - mówi w reszcie, niemal szeptem.
Przyłożyłem rękę do jej dłoni. Nie zabrała jej.
- Więc pozwól mi cię przekonać.
Widziałem zawahanie na jej twarzy. W moich myślach pojawiły się różne scenariusze. Byłem niemal pewny, że zaraz będzie kazała mi się stąd wynosić.
Ona jednak pokiwała łagodnie głową.
Uśmiechnąłem się i delikatnym, ale zdecydowanym ruchem przyciągnąłem ją do siebie. Poczułem kwiatowy zapach jej perfum, równie pięknych jak ona. Nasze spojrzenia się spotkały, pełne ciepła i czułości. Po chwili również nasze wargi im zawtórowały. Pocałunek był delikatny i intymny. Pierwszy raz całowaliśmy się nie na pokaz, tylko dlatego, że naprawdę tego chcieliśmy. Czułem miłe uczucie, wypełniające mnie w środku. Zupełnie jak kiedyś.
Kiedy skończyliśmy nie wypuściłem jej z swoich objęć. Nie chciałem by ta chwila mijała. Czułem jakąś dziwną potrzebę bycia blisko niej.
- To tak na początek - powiedziałem z uśmiechem.
Aly również się uśmiechnęła, a potem zatopiła twarz w mim ramieniu. Przycisnąłem ją mocniej do siebie. Czułem bicie jej serca, które było trochę szybsze niż normalne. Moje zaraz wyskoczy mi z piersi.
Nagle Aly zaczęła gwałtownie kręcić głową wyplątując się z mojego uścisku. Zmarszczyłem brwi, nic nie rozumiejąc. Dziewczyna stanęła ode mnie w bezpiecznej odległości, unikając mojego wzroku.
- Przepraszam - powiedziała cicho - To nie jest dobry pomysł, Louis.
Byłem całkowicie zdezorientowany. Chciałem chwycić ją za dłoń, lecz mi na to nie pozwoliła. Nic nie rozumiałem, przed chwilą było w porządku.
- Dlaczego? - zapytałem.
Jej twarz była przepełniona bólem.
- Muszę to wszystko przemyśleć. Nie jestem jeszcze gotowa na nic takiego, po prostu... Dużo się wydarzyło po naszym rozstaniu. Oprócz tego cały czas przed oczami mam obraz ciebie i Tracy. Ja ci nie zupełnie... To nie jest łatwe.
Wiedziałem co chce przez to powiedzieć. Musiałem jednak to usłyszeć.
- Ty mi nie zupełnie co? - słychać było pretensję w moim głosie, próbowałem to opanować. Aly spojrzała na mnie nieśmiało - Nie ufasz mi.
Cisza, która nastała jedynie potwierdziła moje słowa. Poczułem się jakby przywaliła mi w twarz. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że Alex może stracić do mnie zaufanie. Wiele razem przeszliśmy, nie mogę uwierzyć, że przekreślił to jeden incydent z Tracy. Przychodzi mi do głowy, żeby jej opowiedzieć jak było naprawdę, że to wszystko było zaplanowane przez tą sukę. Powstrzymuję się jednak. Nie ma sensu teraz tego wyciągać.
Zaciskam mocniej szczękę, zdając sobie sprawę, że jej nie powstrzymam. Alex wyjedzie, niezależnie co jej powiem. Teraz na jej twarzy widziałem współczucie.
Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z jej sypialni, czując jak odprowadza mnie wzrokiem.


Alex
Okryta szczelnie kocem siedziałam na balkonie, przyglądając się wieczornemu niebu. Zachody słońca są najpiękniejszą porą dnia. Mają swój niepowtarzalny urok, który zawsze mnie urzekał. Często je rysowałam.
Teraz jednak przyglądam mu się w zupełnie innym celu. Spakowałam już wszystkie torby, cztery razy sprawdziłam czy niczego nie zapomniałam. Byłam gotowa by wrócić do domu. Odwiozą mnie jednak dopiero jutro, a do tego czasu, nie mam co z sobą zrobić. Nie mogę znaleźć sobie miejsca.
Częściowo to wina Louisa. Nie mogę się uwolnić od wspominania jego słów i pocałunku. To co się dzisiaj zdarzyło, było tak nierealne, że wciąż zastanawiam się czy to aby nie był sen. Wszystko jednak wskazuje, że stało się to naprawdę.
Nie mogę powstrzymać żalu, przypominając sobie zawiedzioną minę Louisa. To co mówił było naprawdę piękne, jednak działo się za szybko. Musiałam wszystko sobie poukładać, przeanalizować. On musi to zrozumieć.
- Wszędzie się szukam - odwróciłam się i zobaczyłam Harry'ego. Uśmiechnęłam się na jego widok.
- I znalazłeś, coś się stało?
Harry przysunął drugie krzesło i usiadł obok.
- Przyszedłem się pożegnać - powiedział spokojnie.
Zmarszczyłam brwi.
- Ale przecież jutro jeszcze będziemy się widzieć. Wyjeżdżam po obiedzie.
- Ty tak, ale ja wylatuję za kilka godzin - przyznał, ale widząc mój pytający wzrok dodał - Lecę do Kate, ratować, to co jeszcze mogę uratować.
Wiem, że jemu i Kate raczej się nie układa. Ucieszyła mnie wieść, że będzie walczył o tę dziewczynę. To niestety już dość rzadkie wśród mężczyzn.
- W takim razie życzę ci powodzenia - uśmiechnęłam się, a Harry to odwzajemnił.
Nikomu w tamtym momencie nie życzyłam tak dobrze, jak właśnie jemu.



***
Dwie minuty do północy, ale wyrobiłam się, aby dodać jeszcze w weekend.
Miłego czytania, Rouse xoxo

sobota, 24 października 2015

10

Podeszłam do półki z książkami, szukając czegoś ciekawego. Było już dosyć późno i chociaż byłam zmęczona, to nie mogłam zasnąć. Jutro jest bankiet promujący nowy album chłopaków i niesamowicie się denerwuje. Od paru dni, chodzę z Louisem codziennie do Colina, który dokładnie tłumaczy nam, jak mamy się zachowywać.
- Na przyjęciu nie możecie mieć nawet chwili zawahania, bo te celebryckie hieny to dostrzegą - stwierdził - Dobrze się jednak spisujecie, więc jestem dobrej myśli.
Mimo jego zapewnień i tak byłam strasznie zestresowana. Bałam się, że zrobię z siebie idiotkę.
Wybrałam w końcu jedną z książek Agathy Christie i położyłam się na kanapie. Musiałam koniecznie zająć czymś myśli, bo inaczej zwariuję.

Gdy byłam już około trzydziestej strony rozległo się pukanie do drzwi. Odłożyłam książkę i poszłam otworzyć. W progu stał Louis.
- Mogę? - zapytał.
- Jasne - wpuściłam go do środka.
Ostatnio więcej rozmawiamy. Szczególnie, kiedy idziemy do gabinetu Colina. Lou przychodzi też czasami do mojego pokoju. Te nasze pogawędki są naprawdę dalekie od ideału. Kiedyś byliśmy swobodni, rozmawialiśmy o wszystkim. Teraz jest sztywno, ale grunt, że w ogóle rozmawiamy. I tak jestem, pod wrażeniem, że on w ogóle chce ze mną gadać. Któregoś razu go o to zapytałam, kiedy wracaliśmy od Colina.
- Będziemy to ciągnąć jeszcze cztery miesiące. Myślę, że będzie nam łatwiej, jak odbudujemy chociaż minimalną relację.
I odbudowaliśmy minimalną relację. Powiedziałabym nawet, że mikro relację.
Louis przeciął pokój i usiadła na kanapie. Spojrzał na kartki i książki rozrzucone na ławie. Wziął do ręki jeden z moich rysunków. Ten przedstawiał dziewczynę pięknej, białej sukience.
- Ładne - stwierdził - Dawno go narysowałaś?
Usiadłam obok niego.
- Kilka lat temu.
Kiwnął głową i znowu przyjrzał się rysunkowi. Potem odłożył go na miejsce.
- A masz coś bardziej z teraz?
Pokręciłam głową.
- Raczej nie. Nie mam ostatnio weny.
- Szkoda, bo dobrze rysujesz - pochwalił mnie, na co się uśmiechnęłam.
Miło było to usłyszeć od Louisa.
- Dzięki.
Nastała chwila ciszy.
Patrzę na przerwę między nami, w którą spokojnie mogła by zająć trzecią osoba. Od nieporozumienia w kuchni trzymam się od Lou na bezpieczną odległość. Wciąż pamiętam jak waliło mi serce, a czas jakby zwolnił. To było coś niesamowitego i nie miało prawa się powtórzyć.
Wciąż jednak nie dawała mi spokoju jedna rzecz. Skoro chciał wyjąć coś z szafki, przecież mógł kazać mi się odsunąć. A tego nie zrobił.
- Vicky podobno przyjedzie w tym tygodniu - uśmiechnął się - Dawno jej nie widziałem, co u niej?
Przełknęłam ślinę. Nie lubię rozmawiać o rodzinie.
- W porządku - przyznałam - Ale niestety nie da rady przyjechać, coś jej wypadło.
Skłamałam.
Tak naprawdę to ja ubłagałam Colina, aby odwołał jej wizytę. W końcu się zgodził i odetchnęłam z ulgą. Mam ważniejsze problemy.
Louis przyjrzał mi się uważnie.
- Nie wyglądasz na smutną z tego powodu - stwierdził.
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Znał mnie na tyle, że wyczułby kłamstwo, ale nie chcę mu opowiadać o moich kłótniach z Vicky. Nie teraz.
- Wydaje ci się - mówię, unikając jego wzroku.
Chcę skończyć ten temat. Louis chyba zauważa moje zmieszanie.
- Jeśli będziesz chciała o tym porozmawiać - zaczął niepewnie - To ja cię zawsze wysłucham.
Miał poważną minę, nie żartował. Ja jednak byłam już zdezorientowana.
Sam sobie zaprzeczał. Jeszcze w szpitalu specjalnie mnie odwiedził, aby mi uzmysłowić, że nie mam co liczyć na przyjaźń. A teraz wyskakuje z czymś takim.
Może powinnam się cieszyć. Bo w końcu chciałabym mieć z nim znów dobry kontakt, ale boję się, że znów będę cierpieć. Powinnam mu być wdzięczna, za to, że próbuje się przełamać. Ale ja nie zniosę domysłów i nadziei.
- Dzięki - mówię cicho - Ja ciebie też zawsze wysłucham.
Chociaż wątpię, że będziesz tego chciał - dokończyłam w myślach.
Louis się uśmiechnął.
- Wiesz, czasami sobie myślę - zaczął - Że to, co się z nami stało jest strasznie niesprawiedliwe. Byliśmy właściwie idealni, a i tak nas rozdzielono - w jego oczach widziałam żal - Zjebana sprawa. Właściwie nie wiem, dlaczego ci to mówię, sory jeśli za bardzo się narzucam.
Przez chwilę trwa cisza. Jestem zbyt zaskoczona jego szczerością. Po chwili jednak udaje mi się odzyskać język w buzi.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile razy ja się nad tym zastanawiałam.
Louis uśmiechnął się smutno.
- Kiedy zobaczyłem cię wtedy w barze, byłem wściekły. Emocje z tamtej imprezy odżyły. Powiedziałem wiele niepotrzebnych rzeczy i... - zawahał się - Przepraszam. Za wszystko.
Szczęka mi opadła. Przeprosił mnie, naprawdę to zrobił.
Mój Boże.
Próbowałam ogarnąć myśli, ale w głowie miałam tylko zamęt. To wszystko potoczyło się tak szybko, nastąpiło tak nagle. Nie wierzę w to, co się właśnie stało.
- Nie masz za co mnie przepraszać - mówię w końcu - Ja postąpiłabym pewnie tak samo w twojej sytuacji.
Louis pokręcił głową.
- Chodzi właśnie o to, że w mojej sytuacji postąpiłabyś zupełnie inaczej - stwierdził - Z resztą, nie ważne. Teraz się kolegujemy, to co było to przeszłość.
Poczułam ukłucie żalu, słyszą ostatnie zdanie. Muszę mu jednak przyznać rację, to przeszłość.
- Będę już leciał do swojego skrzydła - dodał.
- W porządku - uśmiechnęłam się.
Louis wstał z kanapy i opuścił mój pokój, życząc mi jeszcze dobrej nocy. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, opadłam na kanapę analizując zdarzenie, które przed chwilą miało miejsce.
Czy Louis w pewnym stopniu się przede mną otworzył?

Bankiet miał się rozpocząć o szesnastej, a mnie już od ósmej nękają ci przeklęci styliści. Po czterech godzinach marudzenia, miałam ochotę ich udusić. Gdyby mogli, to by zdarli ze mnie skórę i założyli nową.
Kiedy więc przychodzi Harry i informuje, że Meg woła wszystkich na obiad, niemal podskakuję z radości. Harry widząc moją moją reakcję śmieje się cicho.
- Było aż tak źle? - zapytał.
Wysyłam mu mordercze spojrzenie.
- Gdybym miała wybierać pracę z tymi ludźmi a leczenie kanałowe, to wybrałabym leczenie kanałowe trzy razy z  rzędu.
Po obiedzie, spędziłam jeszcze z zespołem specjalistów dwie godziny. Były to zdecydowanie jedne z najdłuższych dwóch godzin w moim życiu. Jednak kiedy skończyli, to musiałam przyznać, że wyglądałam fenomenalnie. Miałam na sobie białą, dopasowaną sukienkę przed kolano zdobioną pięknymi koronkami. Do tego jasne szpilki i subtelną złotą biżuterię. Włosy mi pofalowano i lekko upięto z tyłu. A wszystko dopełniał perfekcyjny makijaż. Wyglądałam jak milion dolarów.
Podziękowałam stylistom, za ich prace, po czym opuściłam swoją sypialnię. Zeszłam na dół i w kuchni zastałam Meg i Zayna. Kobieta spojrzała na mnie znad rozrzuconych papierów i szeroko się uśmiechnęła.
- Skarbie, wyglądasz niesamowicie! - zawołała zamykając mnie w objęciach.
Na twarzy Zayna również dostrzegłam uśmiech.
- Dziękuję - powiedziałam do Meg, kiedy już mnie puściła.
- Wspaniale, jak księżniczka! - ciągnęła - Gdy ludzie cię zobaczą, to się zakochają!
- Chyba trochę przesadzasz - śmieję się. Chociaż w duchu jest mi strasznie miło.
- Nie przesadza - usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam Louisa. Ubrany był w drogi, czarny garnitur, który sprawiał, że wyglądał niesamowicie. Włosy zaczesał do tyłu, co dodało mu elegancji. Poczułam, że nogi się pode mną uginają. Był naprawdę seksowny.
- Wyglądasz przepięknie - powiedział podchodząc do mnie.
Uśmiecham się.
- Ty też.
Czułam się przy nim coraz mniej niezręcznie, szczególnie po wczorajszej rozmowie. Może istnieje szansa że się zaprzyjaźnimy.
- Colin poprosił nas, abyśmy witali gości. Lada chwila mogą się pojawić - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Chodźmy - zgodziłam się.

Uścisnęłam tyle dłoni i zostałam tak wiele razy ucałowania w policzek, że gdy wszyscy goście są już w ogrodzie, ja znikam ze stylistami na poprawki. Louis poszedł zabawiać gości, nikt nie zrobi tego tak jak on. Zawsze najlepiej czuł się w towarzystwie. Nie to, co ja.
Mimo wszystko wchodzę do ogrodu pewnym krokiem. Rozmawiam z paroma osobami, cały czas szukając Louisa. W końcu widzę go w grupce starszych mężczyzn, za pewne prezesów. Każdy z nich trzyma w ręce kieliszek z trunkiem.
To niesamowite jak życie Louisa się zmieniło. Jeszcze parę lat temu, musiał łapać każdą pracę, aby tylko pomóc mamie utrzymywaniu rodziny. Teraz ma więcej pieniędzy niż mógł sobie wyobrazić i popija szampana na drogim bankiecie. Życie jest dziwne.
Niespodziewanie do Louisa podchodzi jakąś dziewczyną w czerwonej sukience. Kładzie mu rękę na ramieniu i mówiąc coś do mężczyzn, zabiera go od grupy. Ma czarne jak heban włosy, idealnie wystylizowane. Brylanty jej naszyjnika są tak duże, że widzę je z tej odległości.
Nagle dziewczyna rzuca się Louisowi na szyję i zamyka go w mocnym uścisku. A on wcale się nie broni, tylko mocno przytulna ją do siebie. Czuję, że robię się czerwona. Dlaczego on ją ściska przy wszystkich? Co to w ogóle za dziewczyna.
Niespodziewanie wzrok brunetki spotyka mój. Dziewczyna wysyła mi jadowity uśmiech. Już jej nie cierpię.
- To Tracy Morrell - usłyszałam głos Harry'ego, nie mam pojęcia kiedy podszedł i jak długo mi się przygląda - Amerykańska modelka, niewiarygodna suka i przyjaciółka Louisa. Pojechali kiedyś razem na Karaiby. Od tamtej pory Tommo trzyma się od niej z daleka.
Uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Brawo Louis.
- Chyba nie bardzo ją lubisz - bardziej stwierdziłam niż spytałam. Harry pokiwał głową.
- Jest straszna. Nie mam pojęcia, co tu robi, nie było jej na liście gości.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Myślałam, że ochrona nie wpuszcza bez zaproszenia. Potem jednak przypominam sobie, że to jest świat uzależniony od pieniędzy. Wystarczyło, że przekupiła strażników przy bramie, trochę zakręciła swoim cholernie seksownym tyłkiem i oto jest. Od samego patrzenia na nią robiło mi się nie dobrze.
- Ona coś kombinuje - Harry ściszył trochę głos - I wcale mi się to nie podoba.
Miałam złe przeczucia.
- On się nie nabierze, prawda?
Sama nie wiem, dlaczego zadałam to pytanie. Po prostu zastanawiałam się na głos. Poczułam, że Harry kładzie mi rękę na ramieniu.
- Mam nadzieję - westchnął - Nie ma co gdybać. Chodź, zatańczymy.
Pokiwałam głową i razem z Harrym ruszyłam na parkiet. Piosenki były raczej żwawe, więc dość dobrze się bawiliśmy. Chociaż po kilku tańcach nie czułam już stóp, ale byłam tak pogrążona w rozmowie z Harrym, że nie zwracałam na to uwagi. Dogadywaliśmy się tak dobrze, że zapominałam o wszystkim. Nawet Louisie i jego przyjaciółce.
- Harry - zaczęłam  - Czemu nie zaprosiłeś Kate na bankiet?
Od razu żałuję, że zapytałam. Uśmiech znikł z twarzy bruneta, a oczy pociemniały. Muszę zdecydowanie nauczyć się trzymać język za zębami.
- Nie mogła przyjechać - zaczął, a jego ciało się napięło - Studiuje i nie ma czasu na takie rzeczy.
Spojrzałam na niego ze współczuciem. Po jego reakcji domyśliłam się, że nie wszystko w ich związku jest tak jak powinno. Zrobiło mi się go szkoda. Harry to świetny facet, zasługuję na szczęście. Nic jednak nie mogę poradzić.
- Przepraszam - mówię spuszczając wzrok - Niepotrzebnie pytałam.
- Nic się nie stało - powiedział spokojnie - Ktoś tu do ciebie idzie.
Patrzył nad moją głową. Odwróciłam się i zobaczyłam Louisa idącego w moją stronę. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc jego radosne oczy. Chłopak objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
Muzyka
- Teraz ja cię porywam - wyszeptał, a jego oddech pieścił mi ucho. Poczułam miłe ciepło, rozlewające się po moim ciele.
- No to chodźmy - ponagliłam go.
Chłopak nie puścił mnie, tylko cofał na środek parkietu. Kiedy już się tam znaleźliśmy kiwnął głową, do jednego z didżejów. Nagle przestrzeń wypełniła wolna muzyka. Spojrzałam zaskoczona na Louisa, który wpatrywał się we mnie w taki sposób, że zaparło mi dech w piersiach. Znów był tamtym Louisem.
Zawiązałam ręce na jego karku i wtuliłam się w jego ramię. Na te parę minut przyzywamy to, co utraciliśmy. Wracamy do przeszłości. Zapominamy o problemach. Kołyszemy się do muzyki i czuję na sobie wzrok innych. Mam to jednak gdzieś, teraz liczył się on.
Nigdy nie przypuszczałabym, że znów znajdę się w jego ramionach. Albo, że znów będę czuć coś tak niesamowitego. W tej chwili mogłabym wszystko.
Czuję bicie serca Louisa. Jest przyśpieszone, tak jak moje. Niespodziewanie dochodzi do mnie, że cholernie mi na nim zależy. Chociaż nie wiem jak bym się okłamywała, to zawsze będzie mi na nim zależeć. I nie wiem czemu, ale czuję, że on ma tak samo.
Nagle czuję niesamowitą rządzę walki. Może moja przyszłość z Louisem nie jest skreślona. Jeśli dowie się, jak tamtego wieczoru było naprawdę, to na pewno mi wybaczy. Albo przynajmniej zrozumie.
O mój boże, chciałam mu teraz opowiedzieć o wszystkim. O Jamesie, o mojej matce, o Victorii. O tym jak musiałam harować, albo jak płakałam nocami i marzyłam, aby móc znaleźć się koło niego. O moich obawach i nadziejach. On by zrozumiał. Wiem o tym.
Niespodziewanie Louis unosi głowę. Patrzę na niego zaskoczona. Piosenka się jeszcze nie skończyła. Wszystkie moje wątpliwości, zostają przez niego rozwiane, gdy łączy nasze wargi w bardzo subtelnym i osobistym pocałunku. Chciałam tego, naprawdę tego chciałam. On również. Czułam, że się uśmiecha, przez co ja również nie mogłam powstrzymać uśmiechu. On był niesamowity.
- Nie psujmy nic Aly - wyszeptał, kiedy się od siebie oderwaliśmy - Nigdy więcej.
Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z piersi. Znów byłam Aly. Zwracał się do mnie, a nie do swojej udawanej dziewczyny.
Przyłożyłam dłoń, do jego policzka.
- Nie zepsujemy tego - mówię - Już nie.
I nasze usta znów się spotykają.


Po dwóch godzinach, większość gości była już pod wpływem wina i szampana. Słychać było tylko śmiechy i ożywione rozmowy. Wszyscy byli czymś zajęci. Niall podrywa jakąś kelnerkę z kateringu, Zayn i Liam zajęli się swoimi dziewczynami, Harry rozmawia z Colinem na końcu sali, a Louis gdzieś zniknął. Jedynie ja siedzę sama, jak ostatnia sierota i popijam szampana. Chciałabym, aby to przyjęcie już się skończyło. Mam dość szpilek i tej sukienki. Po paru godzinach, stała się okropnie niewygodna.
Spojrzałam na pusty już parkiet i do mojej głowy napłynęły wspomnienia. Czułam, że tutaj zdarzyło się coś prawdziwego, nie tak jak w restauracji. Wtedy jedynie graliśmy, a dzisiaj było inaczej. Jeszcze długa droga przed nami, ale razem damy radę. Zaczniemy od początku.
Niespodziewanie ktoś wyrwał mnie z zamyśleń, zajmując krzesło obok.
- Możemy porozmawiać?
Pokiwałam głową. Niall uśmiechnął się słabo i oparł łokcie o stół. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Widzę, że źle się czujesz w towarzystwie moim i Zayna - zaczął prosto z mostu i widząc, że chce coś wtrącić, szybko dodał - Nie dziwię ci się. Ten cały zakład, na pewno strasznie cię zabolał. Tyle, że nie wiesz o wszystkim.
Ta rozmowa źle się zapowiada. Zawsze, gdy ktoś tak zaczyna, to potem jest tylko gorzej. Mimo to milczę i pozwalam kontynuować blondynowi.
- Wszyscy byliśmy bardzo pijani, opijaliśmy sukces piosenki. Wtedy Louis wygadał się o twoim przyjeździe. Któryś rzucił wyzwanie, a Zayn i ja je przyjęliśmy. Wiem, że to głupie, ale byliśmy naprawdę nawaleni - pokręcił głową - Ani ja, ani Malik nie zamierzaliśmy wypełniać zakładu. Nie tknęlibyśmy cię.
Spoglądam na niego niepewnie. Jest w nim coś, co sprawia, że mu wierzę. Słyszałam poczucie winy w jego głosie, smutek kryjący się w oczach. Mówił mi prawdę. Sama wiem, co wyczyniałam i obiecywałam po alkoholu, dlatego jestem w stanie ich zrozumieć.
Nasuwało mi się tylko jedno pytanie.
- Więc po co Louis mi to mówił? - zapytałam.
Niall znów się uśmiechnął.
- Chyba dlatego, że się o ciebie bał - przyznał - Znaczy nie mówię, że nie ma do nas zaufania. Po prostu on wie, że są różne sytuacje w życiu. Chciał cię ostrzec.
Wiem, że mówił to w dobrych intencjach, ale i tak kiedy słyszę o ,,różnych sytuacjach w życiu'' przechodzi mnie dreszcz. Źle to brzmi.
Mimo to uśmiecham się do niego.
- Dzięki Niall, nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
Chłopak również się uśmiechnął i chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, gdy niespodziewanie nadbiegła Meg.
- Alex - zawołała widocznie zdenerwowana - Gdzie, do różowych cukiereczków, jest Louis! Zaraz podadzą tort, musi tu być!
- Spokojnie, Meg. Zaraz go znajdę - zapewniłam.
Przeprosiłam Nialla i ruszyłam szukać Tomlinsona. Przeszłam przez ogród, ale niestety nigdzie go nie widziałam. Dlaczego to on zawsze gdzieś przepada? Westchnęłam. Gdzieś musi być. Nie było go przy żadnym ze stołów, dla pewności sprawdzałam też pod nimi. Nie miałam pojęcia czy dużo dzisiaj wypił. Przeszłam się też do fontanny, ale tam zastałam jedynie jednego z pracowników wytwórni, śpiącego na ławce. Mam wielką nadzieję, że Louis nie będzie w takim stanie.
Kiedy sprawdziłam już każdy krzak w ogrodzie, postanawiam iść do domu. Może jest w swoim pokoju albo łazience. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko to sprawdzić.
W domu panuje cisza. Korzystam z chwili, kiedy nikt mnie nie widzi i ściągam szpilki. Niech moje stopy chodź chwilę odpoczną. Idę do salonu i z niezadowoleniem stwierdzam, że jest pusty. Na miłość boską, gdzie on się zaszył? Potem sprawdzam łazienki i nadal nic. Chcę już iść na górę, gdy nagle do moich uszu docierają dziwne dźwięki z kuchni. Trochę zaskoczona postanawiam to sprawdzić.
Wchodzę do pomieszczenia i staję jak wryta. Znalazłam Louisa i właściwie powinnam się cieszyć. Nie przewidziałam jednak, że zastanę go liżącego się z półnagą Tracy. Dziewczyna właśnie zaczynała siłować się z jego koszulą. Mruczenie przez pocałunki tej zdziry sprawiało, że coraz bardziej chciało mi się płakać.
Więc to taka przyjaciółka.
Nie będę płakać. Chciałam się wycofać, ale niechcący wpadłam na krzesło i narobiłam hałasu. Louis oderwał się od Tracy i spojrzał na mnie zaskoczony.
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, nogi zrobiły mi się jak z waty. Cudem udało mi się coś wykrztusić.
- Meg podaje tort, wszyscy na ciebie czekają.
Louis odsunął się od Tracy, która uśmiechała się triumfalnie. Od jej widoku, robiło mi się niedobrze. Musiałam stąd wyjść. Było mi duszno, ogarniała mnie rozpacz.
- Alex - Louis ruszył w moją stronę, ja jednak szybko opuściłam kuchnię.
Próbowałam opanować oddech i się uspokoić. Mówiłam sobie, że muszę teraz wyjść do ludzi w ogrodzie w fantastycznym nastroju. To co zrobił Louis nie może na niego wpłynąć.
- Alex, zaczekaj! - słyszałam za sobą jego wołanie.
Stanęłam i odwróciłam się, czekając aż mnie dogoni. Nie chcę z nim rozmawiać. Jestem jednak tak wściekła, że muszę teraz z siebie wyrzucić, to co myślę. Kiedy w końcu go zobaczyłam poczułam ucisk w gardle. Chyba jednak się rozpłaczę.
- Prawie uwierzyłam w twoją bajeczkę o niesprawiedliwości - powiedziałam lodowatym tonem.
Louis spojrzał na mnie błagalnie.
- Alex, ja nie chciałem...
- Wiem co chciałeś, od samego początku o to ci chodzi, dlatego tutaj jestem - z każdym słowem, jestem coraz bardziej zła - Robisz wszystko, abym cierpiała tak jak ty cierpiałeś. Ale coś ci powiem Louis, ja swoje odpokutowałam. Mnie też bolało nasze rozstanie i boli nadal. A jeżeli ty postawiłeś sobie za cel zemstę, to gratuluję. Osiągnąłeś go.
Miałam ochotę krzyczeć, albo go uderzyć. Doszłam jednak do wniosku, że to przecież nie ma znaczenia. Chwilę go poboli i zaraz przestanie.
- Koniec gierek, Tomlinson - syknęłam, zabijając go spojrzeniem.
Już miałam odejść, kiedy chwycił mnie za rękę, którą natychmiast wyrwałam.
- Nie chodzi o zemstę, Aly.
Zignorowałam jego słowa.
- Ubierz się, musimy iść - mówię, nie patrząc na niego.
Nie daje mu nic dodać, bo od razu wychodzę i przylepiam fałszywy uśmiech do twarzy. W środku jednak wyję z płaczu. Wracam do swojego miejsca przy stole i informuję wszystkich, że Louis za chwileczkę się zjawi.
Kiedy przychodzi, wygląda dokładnie tak jak przed zniknięciem. Uśmiechnięty, pewny siebie. Zupełnie jakby zdarzenie sprzed chwili nie miało miejsca. To sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.
Louis rozejrzał się po sali, jakby kogoś szukał. W końcu jego wzrok zatrzymał się na mnie. Uśmiechnął się, ale w jego oczach widziałam ból i współczucie. Odwróciłam wzrok, poczułam napływające łzy. Jestem cholerną idiotką.
Chłopaki stanęli przy torcie i zdmuchnęli świeczki. Przyszło mi na myśl, że jestem jak jedna z nich. Louis rozpalił we mnie nadzieję. I gwałtownie ją dzisiaj ugasił.







***
Miłego czytania ;)
Rouse xoxo


piątek, 16 października 2015

9

- Jak mogłaś mi o tym nie powiedzieć?!
Drina była wściekła, zresztą nie dziwię jej się. Ja zareagowałabym tak samo.
- Przepraszam, to wszystko potoczyło się naprawdę szybko - zaczęłam się tłumaczyć, patrząc na swoje stopy - Ten miesiąc był naprawdę zakręcony. Wiem, że nawaliłam, pierwsze co powinnam zrobić to zadzwonić do ciebie i o wszystkim powiedzieć. Przepraszam.
Dopiero wtedy podnoszę wzrok i patrzę w ekran laptopa. Blondyna wciąż obrzuca mnie surowym spojrzeniem. Jakby to, że nie powiedziałam jej o moim związku z Louisem było największą zbrodnią na świecie.
Chociaż w sumie ja bym ją zabiła, gdyby ona pominęła tak ważną kwestię.
Ale to nie jest prawdziwy związek, dlatego nie chciałam jej nic mówić. Nie wyobrażałam sobie, żebym do niej zadzwoniła i szczęśliwa jak nigdy opisywała moją piękną randkę. Bo po pierwsze: wcale nie była piękna, tylko dziwna i sztuczna. A po drugie: jestem po niej jeszcze bardziej przygnębiona i skołowana niż byłam wcześniej.
Dlatego wolałam o tym nie wspominać. Zapomniałam jednak, że we Francji media również istnieją, a temat, taki jak nowa dziewczyna członka One Direction, sprzedaje się jak świeże bułeczki.
- Masz szczęście, że jesteśmy tak daleko od siebie, bo byś dostała spore bęcki! Z resztą i tak je dostaniesz przy najbliższej okazji.
Mimowolnie się uśmiecham, słysząc słowa Driny.
- Psychicznie się na to przygotuję - mówię.
Wiem, że złość już przeminęła dziewczynie. Nigdy nie umiałyśmy się na siebie długo gniewać.
- Więc opowiadaj - nakazała.
- Co?
- Wszystko! - musiałam przyznać, że przejęcie w jej głosie trochę mnie bawiło - Od początku do końca. Chcę znać każdy szczegół. Jak to się stało, że się pogodziliście? O co w ogóle była ta niekończąca się kłótnia?
Mimo, że się uśmiechałam to w duchu krzyczałam z rozpaczy. Nie cierpię okłamywać ludzi na których mi zależy. Wiem jednak, że nie mogę powiedzieć Drinie prawdy. Jest moją najlepszą przyjaciółką, ale nigdy nie powiedziałam jej o gwałcie i nie zamierzam tego robić. Wiem, jakby zareagowała. Kierowało by nią współczucie i litość, a tego bym nie zniosła. Dlatego wcisnęłam jej bajeczkę, że ja i Louis śmiertelnie się pokłóciliśmy. Niechętnie, ale w końcu przyjęła to do wiadomości. Nie miała wyjścia.
Teraz również nie mogę jej powiedzieć, że Louis ponownie zjawił się w moim życiu, aby być ze mną w udawanym związku. Za który ja dostawałam pieniądze, a on większy rozgłos i dobrą reputację. Nie chodzi nawet o to, że złamałabym zasady. Po prostu nie potrafię.
Co za popieprzona sytuacja.
Zaczynam skubać rąbek mojej koszuli.
- Wiesz, że nie rozstaliśmy się w zgodzie, więc na początku nie było łatwo.
Niespodziewanie mi przerwała.
- Tom opowiadał mi o incydencie z restauracji - przyznała, a w jej głosie słychać było współczucie - Louis zachował się wtedy jak dupek.
Pokiwałam głową.
Ma rację, zachował się jak dupek i wciąż się tak zachowuje. 
- Dużo się później zmieniło, Drina - mówię wymuszając uśmiech - Dużo z nim rozmawiałam. Razem doszliśmy do momentu, kiedy znów czuliśmy się jak dwa idealnie pasujące do siebie elementy. Potem zostałam pobita i Louis mi pomógł. Często mnie odwiedzał i paradoksalnie ten cholerny wypadek jeszcze bardziej nas do siebie zbliżył. Potem zaproponował, abym pojechała z nim do Londynu. To potoczyło się tak szybko, że wciąż nie wierzę, że tutaj jestem.
Nagle dotarło do mnie, jak bardzo chciałabym aby chociaż jedna z tych rzeczy była prawdą. Staram się jednak robić dobrą minę.
Dziewczyna popatrzyła na mnie rozmarzonym wzrokiem.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Wiem, że to głupie, ale zaczynałam się o ciebie martwić. Po rozstaniu z Lou zupełnie na nikogo nie zwracałaś uwagi, teraz już rozumiem.
Uśmiechnęłam się na jej spostrzeżenie, chociaż to też nie była do końca prawda. Nie dopuszczałam do siebie żadnego mężczyzny, bo wspomnienie tamtej nocy z Jamesem wciąż we mnie żyje. Nie potrafiłam tego zrobić. Jednak jak teraz tak na to patrzę, to faktycznie często moje myśli wracały do Tomlinsona.
- Teraz masz już pewność, że wszystko ze mną w porządku - miałam już dosyć kłamania, więc szybko dodałam - A co u ciebie? Jak z Jackiem?
- Wszystko w porządku. Jeśli dobrze pójdzie to za kilka tygodni również się tutaj przeniesie. Szczerze mówiąc nie mogę się tego doczekać.
- Będę musiała was kiedyś odwiedzić, ale już jak sobie to wszystko uporządkujecie.
Nagle twarz Driny trochę spochmurniała. Zupełnie jakbym powiedziała coś niewłaściwego.
Zmarszczyłam brwi.
- Co jest?
Dziewczyna spojrzała na mnie niepewnie, po czym głośno odchrząknęła.
- Jest coś, co muszę ci powiedzieć. Ja...
I nagle ktoś głośno zapukał do drzwi mojego pokoju. Przeprosiłam na chwilę Drinę i krzyknęłam, aby wejść. Drzwi się otworzyły i stanął w nich Louis.
Klnę w duchu bo wybrał fatalny moment na to, aby mi dopiec. Wiem jednak, że Drina cały czas mnie obserwuję, więc staram się rozluźnić.
- Cześć, kochanie - mówię uśmiechając się serdecznie.
Louis zatrzymał się w półkroku i popatrzył na mnie jak na idiotkę. Potem zauważa komputer i dopiero załapuje o co chodzi.
- To Louis? Zawołaj go tutaj! - nagle Drina odzyskuję poprzedni nastrój i znów kipi radością. Zupełnie jakby nie było poprzednich dwóch minut.
- Wszędzie rozpoznałbym ten głos - Louis siada obok mnie na kanapie i obejmuje mnie ramieniem - Nic się nie zmieniałaś, Drina.
- Ale ty tak - dziewczyna uśmiechnęła się zadziornie - Minimalnie wyprzystojniałeś.
- Starałem się - odparł Louis - Słyszałem o Paryżu, gratuluję.
Nagle rozmowa się rozwinęła, a mnie nie mogła zadziwić lekkość i naturalność Louisa. Zachowywał się jakbyśmy nadal byli w liceum.
Oparłam głowę o jego tors. Wciąż obejmował mnie ramieniem, co ani trochę mi nie przeszkadzało. Czułam się spokojna, było mi dobrze. On również był rozluźniony i miałam wrażenie, że nie ma zamiaru szybko kończyć rozmowy z Driną i uciec z mojego pokoju. Właściwie nie wiem nawet po co przyszedł. Ale nie mam nic przeciwko aby został.
I w tym momencie dociera do mnie, że mi się to podoba. Nie może mi się to podobać. Nie mogę robić sobie nadziei. Kończę umowę i znikam. Wymazuję Louisa. Taki jest plan.
Mimo to, moje serce przyśpiesza a na usta wkrada się uśmiech, kiedy Louis, chyba nie świadomie, zaczyna jeździć palcami po moim ramieniu. Jego dotyk sprawia, że zapominam o obawach i po prostu staram się cieszyć chwilą. Jest to naprawdę miła odmiana.
Od naszej randki minął prawie tydzień i na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których Louis w ogóle zwrócił na mnie uwagę. A teraz leżałam wtulona w jego pierś, wdychając jego zapach.
I mogłabym tak leżeć już zawsze.

Kiedy się obudziłam, nie było już Louisa, a wyłączony laptop stał na stoliku. Byłam przykryta kocem i wtulona w poduszę, które jestem pewna, że widziałam na górze w szafie. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Louis musiał je przynieść. Miło z jego strony.
Wzięłam moją komórkę ze stolika i ją odblokowałam. Miałam dwie nowe wiadomości. Mój uśmiech się powiększył, bo pierwsza było Lou.

                                                                   Nadawca: Louis
                                                                   Odbiorca: Alex
               Dzisiaj jedziesz zdjąć gips, nie musisz dziękować. Coś mi wypadło, więc nie mogę
                         z tobą jechać, ale Harry się zgodził. Bądź gotowa na 9:00.


Patrzę na wiadomość dłuższą chwilę. Czy Louis właśnie wyświadczył mi przysługę? O nic go nie prosiłam, a mimo to załatwił mi wcześniejszą wizytę. W dodatku miał chyba zamiar ze mną jechać. Coś mu wypadło, więc wysłał Harry'ego, żebym nie była sama. Coś tu nie grało. Od kiedy Louis jest dla mnie miły?
Będę miała na niego oko.
Widząc drugiego sms'a mina mi zrzedła. Był od Vicky.

                                                                   Nadawca: Vicky
                                                                   Odbiorca: Alex
                                             Cześć siostra! Co u ciebie? Mam super wiadomość!
                                W przyszłym tygodniu wpadnę do was na kilka dni. Nie mogę się
                                                                        doczekać!


O kurwa, tylko nie ona.
Nie chcę, aby tu przyjeżdżała. Mam wystarczająco dużo problemów z samymi chłopakami. Nie potrzebuję tu jeszcze Vickorii. Nikt nie potrafi mnie tak zdenerwować jak moja siostra. Liam i Louis mogą się przy niej schować.
Muszę porozmawiać z Colinem, zapytać czy on w ogóle wie o jej przyjeździe. Mam cholerną nadzieję, że nie i wtedy wcisnę jej jakieś bzdury o braku czasu.
Westchnęłam.
Dlaczego nie mogę mieć rodziny jak inni? Mój tata nie żyje, mama mnie nie kocha i uważa za kłopot, który bez trudu można wyrzucić ze swojego życiorysu, a jedyna siostra uważa mnie za śmiecia. Tak, moje życie to luksus.
Kręcę zrezygnowana głową. Rozczulanie się nad sobą nic mi nie da. Jak tylko skończę tą cholerną pracę i dostanę wypłatę, to wyjadę. Gdzieś daleko. Zostawię Vicky połowę pieniędzy i dam jasno do zrozumienia, że to koniec. Więcej mnie nie zobaczy.
Mój ojciec byłby załamany. Zawsze bardzo zależało mu na rodzinie. To on sprawiał, że byliśmy razem, a teraz co?
Elizabeth jest w Stanach z nowym partnerem i dziećmi, lada chwila i ja też opuszczę Vicky. Każda poszła w swoją stronę. Nie jesteśmy już rodziną.
Nagle opanowało mnie tak mocno poczucie samotności, że aż poczułam łzy pod powiekami. Ale przecież nie jestem sama. Mam Drine, Jacka i Toma. To oni zastępują mi rodzinę.
Jeszcze raz odblokowałam telefon, aby sprawdzić godzinę.
8:12
Niechętnie zdjęłam koc i wstałam z kanapy.

Jakieś pół godziny później siedzę już w kuchni umyta, przebrana, uczesana i pomalowana. Jem kanapki przygotowane przez Meg. Zupełnie nie mogę się pogodzić z tym, że dostaję gotowe jedzenie na talerzu. Powinnam sama się ruszyć i je przygotować. Czuję się jak rozpuszczona dziewczyna z bogatego domu.
- Dobrze spałaś? - Meg oderwała na chwilę wzrok od sałaty, którą właśnie kroiła - Lepiej wyglądasz.
Często opowiadałam Meg o moich nocnych koszmarach. Nie mówiłam jej oczywiście, że dotyczą one Jamesa i tamtej nocy. Czułam się po prostu lepiej, jak mogłam się komuś zwierzyć nawet z takiej głupoty.
- Bez przygód - uśmiechnęłam się - I dzięki.
Nagle do kuchni wszedł Harry. Zauważył mnie dopiero po chwili i obleciał mnie taki intenstywnie wzrokiem, że poczułam rumieńce na policzkach.
- Wstałaś, super - powiedział i Bogu dzięki odwrócił głowę, szukając czegoś po szafkach - Za dziesięć minut jedziemy. Muszę tylko znaleźć te cholerne kluczyki.
Zajrzał po kolei do każdej szafki, szuflady, chlebaka, lodówki a nawet do piekarnika. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu patrząc na niego.
- Są na twoim biurku - powiedziała Meg, nie odrywając wzroku od sałaty.
Harry znieruchomiał i spojrzał na nią, jakby analizował jej słowa. Nagle się uśmiechnął.
- Jesteś wspaniała - powiedział, na co Meg tylko pokiwała głową.
Harry wychodząc jeszcze odkręcił się na pięcie.
- Lecę po kluczyki, możesz zaczekać w garażu - wyszedł na korytarz, ale nagle znowu stanął jakby sobie o czymś przypomniał - Ładnie wyglądasz.

Zapinając pas w samochodzie Stylesa, czułam się strasznie nieswojo. On za to był zupełnie rozluźniony. Właściwie nie miał powodu do skrępowania. Był u siebie.
Kiedy ruszyliśmy, skupiłam się maksymalnie na krajobrazie za szybą. Nie wiedziałam o czym mogłabym rozmawiać z Harrym.
Za to on chyba wiedział.
- Jesteśmy na siebie skazani przez najbliższe parę godzin - zaczął patrząc to na mnie, to na drogę - Możemy cały ten czas przemilczeć i się ignorować, albo rozmawiać. Osobiście polecam tą drugą opcję.
Przyjrzałam mu się. Jego umięśniona ręka mocno ściskała kierownicę. Zielone oczy były skupione na drodze. Usta wykrzywione w lekkim uśmiechu. Ciemne loki otulały jego twarz. Przyszło mi na myśl, że jego portret byłby piękny. Nagle naszła mnie ogromna ochota na rysowanie.
Znów się odwróciłam podziwiając widoki. Nie rysowałam od odejścia mojej mamy. Za każdym razem, jedynie wpatrywałam się w białą kartkę nie potrafiąc postawić pierwszej kreski. W końcu przestałam próbować.
- Decyzja należy do ciebie - Harry nie dawał za wygraną. Ja tak samo.
Siedziałam uparcie z skrzyżowanymi rękami.
Chociaż nie widziałam bruneta, to i tak byłam pewna, że powstrzymuje parsknięcie śmiechem.
- Dobrze to przemyśl.
Przewróciłam oczami.
- Stracisz życiową szansę na to, aby porozmawiać z tak interesującym człowiekiem.
Mój boże, co to za typ?
- Przeżyję - przyznałam rozbawionym tonem.
- Odezwałaś się - zauważył - Są postępy.
Skrępowanie, które wcześniej czułam trochę się zmniejszyło. Oparłam głowę o zagłówek. Harry'ego nie da się ignorować, a ja też wolałabym rozmawiać niż być cicho.
Spojrzałam na niego.
- To o czym gadamy? - zapytałam.
Na twarzy Harry'ego zagościł tryumfalny uśmiech.
- O wszystkim - powiedział poważnym tonem.
- Aha - burknęłam - No to się nagadaliśmy.
Harry się zaśmiał.
- Możemy pograć w pytania, co ty na to? - spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
Niech mu będzie.
Pokiwałam głową.
- Zacznij - mówię. Chcę się zorientować, jakiego rodzaju pytanie zada, abym mogła przygotować swoje.
- Zgoda - zrobił chwilową pauzę - Co zamierzasz potem? Kiedy skończysz u nas pracować?
- Wyjadę i będę studiować. Nie wiem jeszcze gdzie, ale na pewno nie zostanę w Doncaster - po chwili nie świadomie dodałam po cichu - Nic mnie tam nie trzyma.
- A siostra?
Zaciskam mocniej szczękę.
- Nic.
Cisza, która potem panuje rani moje uszy. Nie cierpię takiego napięcia. Nie wiem czy nie powiedziałam za dużo, nie potrafię spojrzeć teraz na Harry'ego i to osądzić.
- Rozumiem - mówi w końcu - Teraz twoja kolej.
Do głowy przyszło mi kilka pytań. W końcu decyduję się na jedno z nich.
- Jak to jest?
- Jak co jest?
- Kiedy stoisz na scenie i patrzy na ciebie kilkadziesiąt tysięcy par oczu. Kiedy krzyczą, że cię kochają. Mdleją na twój widok?
Harry chwilę zastanawia się nad odpowiedzią.
- Na początku było dziwnie, ale z czasem się przyzwyczaiłem.Wiesz, nauczyłem się, że ta ,,miłość'' fanów dość szybko przemija. Dlatego nie czuję się jakoś szczególnie.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
Niemożliwe, że przy tak dużej popularności nie odbiła mu szajba.
Harry chyba wyczuł, co chcę powiedzieć, dlatego dodał.
- Co nie znaczy, że nie mam humorków bogatego dzieciaka. Mieszkasz z nami miesiąc i dopiero zobaczysz, co to znaczy.
- Gorzej nie będzie.
Nie wiem czemu to powiedziałam. Nie powinnam tak mówić. Oni mi pomagają, spłacili moje długi. Muszę nauczyć się trzymać język za zębami.
O dziwo Harrry spogląda na mnie ze współczuciem.
- Wiem, że na początku nie było łatwo - zaczął - Chłopaki zachowywali się jak chuje. Przepraszam cię za nich. Wierz mi, że teraz będzie tylko lepiej.
Tego się nie spodziewałam.
Przeprosił mnie, chociaż sam nic nie zrobił. Nagle poczułam przypływ dużej sympatii do Harry'ego. On mnie rozumie, albo przynajmniej próbuje to zrobić. Boże, on nawet nie zdaje sobie sprawy jak to pomaga.
- Dziękuję - mówię w końcu.
Rozmawialiśmy potem bez przerwy.

Zdjęto mi gips. Mam jedynie przez jakiś czas nosić stabilizator na kostce. Mogę wreszcie normalnie chodzić. Dlatego kiedy z Harrym dojechaliśmy do domu, byłam cała w skowronkach.
- Będę pierwsza! - krzyknęłam, odpinając pas i wyleciałam z samochodu. Biegłam najszybciej jak mogłam, jednak Harry szybko mnie dogonił. Skubany, ma dłuższe nogi. Mimo wszystko udało mi się go wyprzedzić i wpadłam do domu jak burza, a Harry zaraz za mną.
- To się nie liczy, szybciej wystartowałaś - powiedział obrażonym tonem.
- Przegrałeś z kaleką - zaśmiałam się, zdejmując płaszcz.
Harry okazał się naprawdę fajnym gościem. Szybko zeszliśmy poważnych tematów i zaczęliśmy żartować w najlepsze. W szpitalu byliśmy kilkukrotnie upominani przez pielęgniarki, bo zbyt głośno się śmialiśmy.
Kto by się spodziewał, że skumpluję się z Harrym. Wtedy w restauracji, kiedy udawał wyluzowanego podrywacza, miałam ochotę go zabić.
- Właśnie, ty nie powinnaś w ogóle biegać - przypomniał poważnym tonem.
- Nie potrafiłam się powstrzymać - uśmiechnęłam się - Musiałam ci pokazać, że jestem lepsza.
- I skromniejsza.
- To też.
Zdjęłam buty i założyłam trampki, w których chodzę po domu. Potem razem z Harrym weszłam do kuchni, aby się czegoś napić. Strasznie dużo czasu spędziliśmy w szpitalu. To trochę moja wina, bo Harry chciał, po znajomości, wejść od razu. Ja jednak stwierdziłam, że będziemy uczciwi i czekaliśmy trzy godziny w kolejce. Potem dwie godziny, aby zrobić prześwietlenie. Zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze, aby coś zjeść. Wyszło więc na to, że dopiero wieczorem wróciliśmy.
- Gdzie jest Meg? - zapytałam, nastawiając wodę na herbatę.
- Musiała wyjść wcześniej, nakarmić kota sąsiadki.
To nie był głos Harry'ego.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam Louisa opartego o framugę. Poczułam ucisk w żołądku. Ostatni raz, kiedy go widziałam, leżałam wtulona w jego ciało.
- Aha. - Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Długo was nie było - stwierdził. Już miałam zacząć się tłumaczyć, jednak się powstrzymałam. Nie patrzył na mnie tylko na Harry'ego. I to w tak, jakby zrobił coś złego.
Harry jednak uśmiechnął się w ten swój ujmujący sposób.
- Alex nie chciała się wyróżniać, więc czekaliśmy normalnie w kolejkach. Chociaż i tak cały szpital o nas gadał.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. Odwrócili wzrok dopiero, kiedy czajnik zaczął gwizdać. Zalałam herbatę sobie i Harry'emu. Ten stwierdził, że musi coś załatwić i biorąc kubek ruszył do swojego pokoju, zostawiając mnie samą z Louisem. Oparłam się o szafki i upiłam trochę herbaty.
- Jak noga? - zapytał, przerywając pełną napięcia ciszę.
- W porządku - przyznałam zgodnie z prawdą - Nie boli.
Skinął głową.
- Oglądam z Niallem film w salonie. Jeśli chcesz to chodź do nas.
Zaskoczył mnie. Mówił obojętnym tonem, ale jego oczy takie nie były. Nie wiem dokładnie co działo się w jego głowie, ale jednocześnie mnie to cieszyło, ciekawiło i przerażało.
- Okej.
Nagle ruszył z miejsca, a mnie zamurowało. Szedł prosto do mnie. Zatrzymał się tak blisko, że nasze nogi się o siebie ocierały. Co on robi? Poczułam jego zapach. Byłam oczarowana i cudem nie opuściłam kubka z herbatą. Patrzyliśmy sobie w oczy, widziałam że ma mocno zaciśniętą szczękę. Teraz już nic nie potrafiłam wyczytać z jego twarzy. Potem oderwał ode mnie wzrok i otworzył szafkę nad moją głową. Wyjął z niej dwie paczki chrupek.
- Trzymaj i nie dawaj Niallowi, zje ci wszystkie.
Potem poszliśmy do salonu, a ja cały czas czułam, że się rumienię.

Weszłam do swojego pokoju i zapaliłam światło. Byłam wykończona dzisiejszym dniem, więc nie dałam się chłopakom namówić na kolejny film, tylko przyszłam tutaj. Muszę się przespać.
Nagle dostrzegłam jakiś ruch i prawie krzyknęłam, gdy zobaczyłam, że to Liam siedzący w fotelu. Co on tu, kurwa, robi?
- Nie wiem jak ciebie, ale mnie wychowano, że nie wchodzi się do czyjejś sypialni bez pozwolenia - powiedziałam nie kryjąc niechęci w głosie.
- To nie jest twoja sypialnia, to ja mieszkam w tym domu. Mogę robić co mi się podoba.
Przewróciłam oczami.
- Czego chcesz?
W jego oczach widziałam gniew. Trochę mnie to zaniepokoiło. Liam wskazał, abym usiadła na kanapie.
- Nie, dzięki - odmawiam - Postoję.
Liam wzruszył ramionami.
- Więc przejdę od razu do sedna sprawy - powiedział chłodnym tonem - Ile mam ci zapłacić, abyś się stąd wyniosła jeszcze dziś?
Patrzyłam na niego z odrazą. Jego propozycja jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyła. Od początku chce, abym zniknęła.
- Tracisz czas - powiedziałam, siląc się na spokój - Wyjdź z tego pokoju.
On jednak ani drgnął.
Patrzył za to na mnie z ciekawością.
- Oferuję dwa razy tyle ile masz w umowie - powiedział.
- Nie jestem zainteresowana.
- A to ciekawe - przyznał wstając - Mimo wszystko miałem cię za inteligentną osobę, a skoro nie interesują cię już pieniądze, to znaczy, że albo spodobała ci się sława i chcesz w niej trwać jak najdłużej - zrobił pauzę i podszedł do mnie, tak że dokładnie widziałam jego czekoladowe tęczówki - Albo jesteś na tyle głupia i czekasz, licząc, że Louis ci wybaczy. Nie masz się co łudzić, nie wiem co sobie umyśliłaś ale powiem ci jedno. On ma cię za nic.
Poczułam się, jakby dał mi z całej siły w twarz. Starałam się jednak mu tego nie pokazywać. Nie dam mu tej satysfakcji, nie tym razem.
- Nie zależy mi na Louisie - skłamałam - Po prostu nie zamierzam pchać się z tobą w żadne układy. A jeśli w tej chwili nie opuścisz mojego pokoju, to jutro Colin o wszystkim się dowie. A to chyba nie byłoby korzystne dla ciebie, prawda?
Trafiłam w punkt, bo cały się napiął. Obrzucił mnie lodowanym spojrzeniem, pełnym nienawiści i odrazy. Ja czułam do niego to samo. Miałam ochotę go udusić.
Potem odkręcił się na pięcie i ruszył do drzwi.
- Przemyśl moją propozycję - rzucił nie odwracając się i wyszedł trzaskając drzwiami.


***
Rozdział w końcu jest, przepraszam, że tak późno. Po prostu mam wiele obowiązków i kompletnie nie umiem sobie zorganizować czasu. W dodatku od września męczyłam się z poprzednią wersją tego rozdziału, który kompletnie mi się nie podobał i nie potrafiłam go skończyć. Dlatego stwierdziłam, że napiszę go od początku i ten, który wisi na blogu poszedł mi znacznie sprawniej. Mam nadzieję, że wam się podoba ;)

Pozdrawiam, Rouse xoxo

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

8

Uderzałam rytmicznie kulą o kostkę, a promyki słońca grzały mi przyjemnie skórę. Słyszałam jak woda pluska w fontannie, dzięki temu lepiej mi się myślało.
W domu panowała dość napięta atmosfera. Nikt ze sobą nie rozmawiał, a już zwłaszcza w moim towarzystwie. Przestałam opuszczać posiłki, bo doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Mam spędzić tu pięć miesięcy i nie mogę przez cały ten czas omijać chłopaków. Muszę zbudować chociaż minimalną relację jeśli nie chcę tu zwariować.
Z drugiej strony zaprzyjaźnianie się z ludźmi, którzy chcą cię przelecieć lub wyzywają od dziwek nie jest normalne. A przynajmniej w moim odczuciu. Niespodziewanie do moich oczu znów napłynęły łzy. Byłam na siebie zła, że po raz kolejny płaczę. Najbardziej nie mogłam pogodzić się z tym, że nie poznałam się od razu na Niallu i Zaynie. To jak się zachowywali, rozmawiali, wydawali mi się przyjaźni i szczerzy. Byłam cholernie naiwna.
Wytarłam wierzchem dłoni mokre policzki i chrząknęłam głośno. Muszę wziąć się w garść. Nie mogę robić z siebie ofiary i pokazywać tym dupkom jaka jestem słaba. Chociaż spróbuję stworzyć pozory silnej.
- Och, tutaj jesteś.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam Meg. Kobieta podeszła do mnie żwawym krokiem. Spojrzałam na nią pytająco, modląc się, aby nie zauważyła, że płakałam.
- Mam cię zaprowadzić do twojego pokoju. Colin już tam czeka z ekipą.
Zaskoczona zmarszczyłam brwi.
- Z jaką ekipą? - zapytałam. Teraz Meg wyglądała na zbitą z tropu.
- Czy w tym domu cokolwiek ci mówią? Od wczoraj Colin trąbi, że macie dzisiaj pierwszą randkę z Louisem.
Zaskoczona padłam na oparcie ławki. Zupełnie zapomniałam o wyjściach publicznych z moim nieprawdziwym chłopakiem. Miałam naciąganą tróje z aktorstwa w szkole, to będzie tragedia.
Mimo to idę w ciszy za Meg, mając nadzieję, że Colin na pierwszą randkę wybrał jakieś mało zaludnione miejsce.

Po trzech godzinach narzekania specjalistów, że zupełnie o siebie nie dbam, wyglądam jak gwiazda filmowa. Mam na sobie granatową sukienkę, bardzo w moim stylu. Kobieta, która mnie ubierała, stwierdziła, że zdecydowała się na prostotę, abym wyglądała jak najbardziej autentycznie.
Fryzjer jedynie trochę podciął i rozjaśnił mi włosy, aby, jak to powiedział, nadać im trochę świeżości. Najwięcej pracy miały kosmetyczki. Wydepilowały mi woskiem chyba całe ciało, co cholernie bolało. Potem przez godzinę zajmowały się paznokciami. Muszę przyznać, że zarówno stopy jak i dłonie wyglądają rewelacyjnie. Do tego zrobiły mi lekki, naturalny makijaż.
Kiedy w końcu patrzę na efekt końcowy jestem naprawdę zadowolona. Dziewczyna, którą widzę w lustrze wygląda jak ja, ale w o wiele lepszej wersji.
- Jeszcze to - stylistka podała mi ciemne sandałki na minimalnym obcasie - Na więcej niestety nie możemy sobie pozwolić ze względu na twój gips. Ale spokojnie, jeszcze nie raz założysz szpilki.
Puściała mi oczko.
Z tego składu właśnie stylistkę najbardziej polubiłam. Na oko jest niewiele ode mnie starsza, więc może dlatego lepiej się z nią dogaduję niż z resztą.
Zdążyłam założyć buty, kiedy do pokoju wpadła Meg. Od razu wybałuszyła oczy i zakryła usta dłonią.
- Wyglądasz olśniewająco, skarbie! - zawołała.
Poczułam, że się rumienię.
Okazało się, że Louis jest już gotowy i czeka na mnie na dole. Mimowolnie przełknęłam głośno ślinę. Nie byłam na randce od kilku lat, a teraz muszę czuć się na niej na tyle dobrze, aby cały świat uwierzył, że jestem po uszy zakochana w Louisie.
Razem z Meg udałam się na dół. Kobieta sypała komplementami jak z rękawa przez całą drogę. To było miłe, ale i tak nie cierpię takich sytuacji, bo nigdy nie wiem co zrobić. Kiedy w końcu znalazłyśmy się na dole, a Meg zajęła się szukaniem Louisa, poczułam ulgę.
- Miał tu czekać - Meg westchnęła opierając dłonie o biodra - On jest niepoważny.
Uśmiechnęłam się na jej komentarz i w tym momencie do holu wszedł Harry i Louis. Na twarzach obu malowało się zaskoczenie. Pierwszy ocknął się Styles.
- Ślicznie wyglądasz - powiedział z uśmiechem.
- Dzięki - nie wiem dlaczego, ale mój wzrok padł automatycznie na Tomlinsona. Nasze spojrzenia się spotkały.
- Musimy iść, samochód już czeka.
To nie jest do końca to, co chciałam usłyszeć, ale powstrzymuję się od komentarza. Louis jeszcze raz obrzuca mnie wzrokiem, po czym wychodzimy.

W samochodzie panowała niezręczna cisza. Nawet radio zostało wyłączone, bo Louis warknął, że go denerwuje. Zastanawiałam się gdzie jedziemy. Nie znałam Londynu, nie wiedziałam co gdzie się znajduje. To miasto było zdecydowanie zbyt duże jak dla mnie. Czułam się przytłoczona tym szumem, tłokiem i nieświeżym powietrzem. Doncaster jest miasteczkiem, spokojnym i dość cichym. Nie jestem przyzwyczajona do mieszkania w wielkim mieście. Dobrze, że willa chłopaków jest na obrzeżach.
W końcu samochód się zatrzymał, ale ani ja ani Louis się nie ruszyliśmy. Drzwi gwałtownie się otworzyły, a do środka wsiadł Colin w jednym z swoich garniturów i szarą walizką w ręce. Patrzyłam na niego zaskoczona. Myślałam, że został z Meg w domu.
- Jeśli tak będzie wyglądała ta randka to sukces mamy murowany - powiedział ironicznie, na co przewróciłam oczami.
- Co tu robisz? - zapytałam.
- Próbuję zapobiec porażce, którą z pewnością byśmy przez was odnieśli - spojrzał znacząco na mnie, potem na Lousia - Kiedy wejdziecie do restauracji, macie się zachowywać jak zabójczo w sobie zakochani. Cały czas się uśmiechać, rozmawiać i śmiać. W oczach fanów jesteście parą, więc nie szczęście sobie też czułości. Chyba nie muszę mówić, że pocałunek jest obowiązkowy?
Moje oczy szerzej się otworzyły. Wiedziałam, że w końcu będę musiała pocałować Louisa, ale nie myślałam, że już dzisiaj. Nie byłam na to przygotowana. O mój boże.
Kiedy spojrzałam na Louisa z jego twarzy wyczytałam zaskoczenie, ale i tak był o wiele bardziej opanowany ode mnie. Czułam, że atak paniki jest blisko, ale nie mogłam do niego dopuścić.
- Zaraz będziemy na miejscu - głos Colina wyrwał mnie z zamyśleń - Macie być tak realistyczni, abym nawet ja uwierzył w waszą wielką miłość.
Nagle samochód znów się zatrzymał, a Colin tak po prostu wysiadł.

Muzyka
Okazało się, że moja pierwsza randka z Louisem ma mieć miejsce w restauracji. Mało oryginalnie, jednak byłam tak zdenerwowana, że się nawet nad tym nie zastanawiałam. Największa trema złapała mnie w swe szpony przed samymi drzwiami do restauracji. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że zaraz wejdę na scenę, na której po prostu będę grać. Bez określonego scenariusza, czysta improwizacja. Może z wyjątkiem pocałunku, który jest nam z góry narzucony.
Wzięłam głęboki oddech, po czym głośno wypuściłam powietrze. Uspokój się Alex, dasz radę. Robiłaś trudniejsze rzeczy.
Niespodziewanie poczułam czyjąś dłoń na plecach. Przerażona od razu szybko się odwróciłam, byłam gotowa bronić się kulami. Okazało się jednak, że to Louis.
Przyglądał mi się przenikliwie.
- Spokojnie - jego głos był łagodny - Po prostu bądź sobą.
Mogłam przysiąc, że dostrzegłam cień uśmiechu na jego twarzy. Poczułam miłe ciepło, rozlewające się po moim brzuchu. Przez chwilę było tak jak kiedyś.
Pokiwałam głową.
- Super - stwierdził Louis - Więc wchodzimy.
Nie zdjął dłoni z dolnej partii moich pleców, co z jednej strony było urocze, a z drugiej uderzała we mnie świadomość, że to jedno wielkie kłamstwo. Kłamstwo, w które sama się wciągnęłam.
Kiedy drzwi się otworzyły, przybrałam najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać. Miałam jednak wrażenie, że wyglądam idiotycznie. Z przerażeniem stwierdziłam również, że rozmowy ucichły, a oczy wszystkich były wlepione w nas. Poczułam narastającą panikę.
To scena. To scena. To scena.
Spojrzałam na Louisa szukając pomocy i kiedy odnalazłam jego ciepły wzrok, od razu się rozluźniłam. Kąciki ust szatyna powędrowały ku górze i po chwili już składały subtelny pocałunek na moim czole. Byłam zarówno zaskoczona, jak i zadowolona.
Nie potrafiłam jednak pojąć, jak Louisowi udaje się tak świetnie grać. Zawsze był genialnym aktorem. W liceum grał główne role we wszystkich przedstawieniach, mimo, że był znienawidzony przez nauczycieli. Po prostu wiedzieli, że nikt nie zagra tego lepiej.
 Kelner zaprowadził nas do stolika. Louis odsunął mi krzesło, jak prawdziwy dżentelmen, po czym usiadł na przeciw. Dopiero teraz rozejrzałam się po wnętrzu. Restauracja z pewnością była jedną z tych droższych i szykowniejszych. Na ścianach królowały odcienie brązu, ale były również miejsca pogrążone w beżach i ecru. Sufit był podświetlany, co w połączeniu z zwisającymi żyrandolami w kształcie walców, wyglądało pięknie. Dodawało również dużo więcej uroku restauracji. Kiedy spojrzałam w dół, złociste panele tworzyły niepowtarzalny wzór. W dodatku były tak czyste, że musiałam walczyć sama z sobą, aby się nie schylić i dotknąć. Oprócz tego takie szczegóły jak zasłony, obrazy i świeże kwiaty sprawiały, że pomieszczenie było naprawdę przytulne.
- Alex - głos Louisa sprowadził mnie na ziemię - Odpłynęłaś.
Niespodziewanie ujął moją dłoń w swoją. Poczułam miły ucisk w brzuchu, jakbym znowu miała piętnaście lat i pierwszy raz się całowała. Niesamowite było jednak to, jak Tomlinson na mnie patrzył. Zupełnie jakby ostatnie dwa lata zostały wymazane z naszych życiorysów, a on nadal był we mnie szaleńczo zakochany. Genialny aktor.
- Przepraszam, postaram się być maksymalnie na tobie skupiona - uśmiechnęłam się szczerze - Chociaż to nie będzie proste, cholernie mnie rozpraszasz.
Lou zaśmiał się, słysząc moje słowa.
- Jednak to ja mam przed sobą dziewczynę, od której nie da się oderwać oczu - stwierdził ukazując swoje śnieżnobiałe zęby.
Już miałam coś dodać, kiedy pojawił się kelner wręczając nam karty dań. Zupełnie nie wiedziałam jakie danie powinnam zamówić, głodna też za bardzo nie byłam. Dopiero z pomocą Louisa zdecydowałam się na mule w białym winie. Louis przez cały ten czas nie puścił mojej dłoni. Zupełnie jakby sądził, że kiedy to zrobi, stracę w nim oparcie i nasza niby-randka się posypie. Czułam się jednak tak dobrze w jego towarzystwie, że przestałam się martwić o to jak wypadnę w oczach mediów. Liczyło się to, że jestem tu ja i on.
Właśnie czekaliśmy na naszą kolację, kiedy Louis próbując mnie rozśmieszyć, zaczął opowiadać różne kawały.
- Albo to! Jak piją nurkowie? - robi chwilową pauzę - Do dna.
Chowam twarz w dłoniach.
- Na litość boską Louis! To najgorszy dowcip, jaki w życiu słyszałam.
Louis głośno prychnął.
- Mogłabyś chociaż docenić moje starania - stwierdził udając obrażony ton. Zaśmiałam się cicho.
- Oczywiście, że je doceniam. Nigdy nikt tak fatalnie mnie nie rozśmieszał.
Louis uśmiechnął się mimo woli. Oczy błyszczały mu się jak iskierki.
- Pamiętasz jak Elizabeth opowiadała nam dowcipy? Nie wiedzieliśmy czy się śmiać, czy płakać.
I nagle mój cały dobry nastrój wyparował. Wystarczyła jedna wzmianka o matce. Wiem jednak, że nie mogę dać po sobie poznać, że coś jest nie w porządku, dlatego sile się na uśmiech.
- Tak, ona ma beznadziejne poczucie humoru - potwierdzam, mając nadzieję, że to koniec tematów.
- A co u niej? Dawno jej nie widziałem.
Nadzieja matką głupich.
Nabieram dużo powietrza, modląc się aby nie było po mnie widać zmieszania.
- Wszystko w porządku - mówię przez zaciśnięte żeby - A co u Anne? Ostatnio mało przebywała w Doncaster.
- No wiesz, siedmioro dzieci to spory obowiązek. Poświęca macierzyństwu cały swój wolny czas - mówi, a ja przypominam sobie Anne odwożącą bliźniaczki do szkoły. To jak się zwracała do dzieci, sam sposób patrzenia na nich. Dałabym wszystko, aby moja matka spojrzała na mnie z taką miłością jak robi to Anne.
- Musimy kiedyś zaprosić je obie na obiad. Niech się do siebie przyzwyczajają.
Śmieję się, chociaż wcale nie jest mi do śmiechu. Naprawdę rozmowy o matce nie należą do moich ulubionych.
Na szczęście reszta wieczoru mija mi naprawdę przyjemnie. Naprawdę zachowywaliśmy się jak na najprawdziwszej randce i mam wrażenie, że Colin nie będzie miał się do czego przyczepić. Jedyne co mnie wciąż niepokoi, to pocałunek. Stwierdziłam jednak, że to Louis powinien do niego doprowadzić. W końcu to on w tym ,,związku'' nosi spodnie.
I prawdę mówiąc nie musiałam długo czekać. Kiedy zjedliśmy już kolację i wypiliśmy prawie całą butelkę wina, Lou stwierdził, że czas się zbierać.
- Nie chcę wracać - protestuję cicho - Nie chcę, żeby chłopaki zepsuli tak piękny wieczór.
Spuszczam głowę, czując rumieńce na policzkach. Nie jestem pewna, czy mogłam tak powiedzieć. Jeśli ktoś naprawdę się nam przysłuchuje, może to wykorzystać. To wszystko za sprawą wina, po alkoholu jestem bardzo prawdomówna.
Louis przyłożył dłoń do mojego podbródka i łagodnie uniósł ku górze. Jego szaro-niebieskie oczy były jak lekarstwo na każde zmartwienie.
- Nikt nam tego nie zepsuje - mówił cicho, prawie szeptał - Jesteś niesamowita, Aly.
Zanim zdążyłam przyjąć do wiadomości, że znów nazwał mnie Aly, nasze wargi się połączyły. Był to długi i bardzo namiętny pocałunek. Zupełnie jakbyśmy oboje byli spragnieni siebie. Przejechałam końcówkami palców po linii szczęki Louisa, czując przy tym miłe drapanie jego zarostu. Uśmiechnęłam się przez pocałunki.
W końcu Louis się odsunął, a ja jestem pewna, że przez dosłownie ułamek sekundy dostrzegam na jego twarzy to, co zobaczyłam wtedy w barze - wyższość i odrazę. Nawet Louis nie jest w stanie wszystkiego ukryć. Gdy potem przyglądam się jego ,,szczeremu'' uśmiechowi, zastanawiam się jaka część tej randki była prawdą, a jaka fikcją. I wtedy dochodzi do mnie jeden bardzo smutny fakt. Relacje budowane na kłamstwie, nigdy nie są prawdziwe.




 ***
No cóż, miłego czytania :)

niedziela, 16 sierpnia 2015

7

Przez resztę dnia nie ruszałam się z pokoju. Nie zeszłam na kolacje, ani na dzisiejsze śniadanie. Nie chciałam widzieć tego pierdzielonego Liama, ale żołądek już od dawna woła jedzenie.
Ostrożnie uchylam drzwi i nasłuchuję, aby się zorientować, czy korytarz jest pusty. Potem wychylam głową aby się w tym upewnić i dopiero wtedy wychodzę po cichu z pokoju. O ile po cichu można uznać stukanie kulami o drewnianą podłogę. Mimo to, byłam tak głodna, że musiałam dostać się do kuchni.
Dodatkowo wyglądałam okropnie. Miałam podkrążone oczy, bo praktycznie nie spałam. Cały czas myślałam o Liamie i wczorajszej sytuacji. Jestem tak zmęczona, że zarzuciłam na siebie jedynie szorty i luźną koszulkę, a jedyne co udało mi się dzisiaj zrobić to umycie włosów. Dlatego teraz z pokręconych pasm kapie woda a moja koszulka jest do połowy mokra. Nie wiem co jest gorsze, to że wyglądam jak kupa, czy te cholernie śliskie schody. Kiedy jednak udało mi się z nich zejść i nie wyrżnąć orła ruszyłam do kuchni. W domu panowała cisza, co mogło oznaczać, że chłopków nie ma.
Już w wejściu dostrzegłam otwartą lodówkę i stojącą przy niej niską, ale dość pulchną kobietę. Automatycznie na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dzień dobry Meg - powiedziałam i usiadłam na wysokim stołku przy wyspie.
- O, cześć skarbie - Meg miała w zwyczaju nazywanie każdego ,,skarbem'' - Jak się czujesz? Noga w porządku?
- Tak, ale mam już dość tego gipsu - kobieta zamknęłam lodówkę łokciem nie mając wolnej ręki bo trzymała w niej mnóstwo jedzenia - Meg, gdzie są wszyscy?
Kobieta spojrzała na mnie przelotnie.
- Chłopcy mają wywiad w ogrodzie, lepiej nie wychodź, bo jak ci krwiopijcy cię dorwą to już nie wrócisz.
Zaśmiałam się cicho. Meg wyglądała jakby była w transie, pogrążona w świecie gotowania. Nic z zewnątrz się nie liczyło, jedynie to co teraz robiła. A muszę przyznać, że efekty były pyszne.
Podobnie miała mama. Gotowanie było jej pasją. Pamiętam jej skupioną minę, kiedy odmierzała łyżkę oleju lub coś w tym rodzaju. Zawsze była piękną kobietą, z resztą Vicky jest do niej bardzo podobna. Niemal identyczna. Ja za to poszłam w tatę.
- Chcesz coś zjeść skarbie? - zapytała nagle wytrącając mnie z zamyśleń - Nie byłaś na śniadaniu.
Skrzywiłam się. Nie wyobrażam sobie jest posiłku z Liamem. Na sam jego widok tracę apetyt.
- Zostało może coś jeszcze z niego? Kiszki grają mi marsza.
Meg stwierdziłam że to dobrze, bo pozbędzie się resztek z lodówki. Odgrzała mi naleśniki z rana, cały czas opowiadając różne historie. Ta kobieta jest naprawdę niesamowita. Tryska od niej taki optymizm, że nawet poprawił mi się humor i naprawdę się śmiałam. To było wspaniałe.
Właśnie opowiadała mi o tym jak jej - już dorosły - syn w wieku dwunastu lat upił się winem, kiedy do kuchni wpadł Louis.
- Meg, upiekłaś już... - urwał na chwilę widząc mnie jedzącą naleśniki - ...babeczki?
Patrzył na mnie pustym wzrokiem. Pamiętam jak wczoraj powiedział Liamowi dość, na jego twarzy malowało się wtedy pewnego rodzaju współczucie. Teraz nie było po nim śladu.
- Tak, stygną w jadalni. Skończyliście już pajacować?
Louis pokiwał głową.
- Mamy wolne do końca dnia. Wieczorem przyjeżdża Colin.
Spojrzałam na swój pusty talerz, chcąc uniknąć wzroku Tomlinsona. Muszę szybko wrócić do pokoju. Wzięłam kule i wstałam z stołka.
- To dobrze, muszę z nim porozmawiać o menu na bankiet.
Zatrzymałam się w pół kroku.
- Jaki bankiet? - zapytałam patrząc na Meg, a starając się całkowicie zignorować Louisa.
Kobieta była najwidoczniej zbita z tropu.
- To ty nic nie wiesz?
- Co mam wiedzieć?
- Za dwa tygodnie będzie tu bankiet promujący naszą płytę - odpowiedział mi Louis, przez co niestety musiałam na niego spojrzeć. Stał oparty o framugę i wyglądał świetnie.
- Będzie wiele sławnych osób, na pewno kogoś poznasz - dodała z uśmiechem Meg.
Spojrzałam na nich przerażona.
- Ja mam rozmawiać z celebrytami?
Louis zaśmiała się cicho.
- Spokojnie i tak żaden nie będzie chciał z tobą gadać.
Spojrzałam na niego chłodno.
- Więc mam problem z głowy - odwróciłam się twarzą do Meg - Dzięki za naleśniki, były pyszne.
Odłożyłam talerz do zlewu po czym omijając Louisa wyszłam z kuchni.
Jakoś nie wyobrażam sobie siebie na bankiecie pełnym sław. To tak jakby do słoika z ciastami wrzucić kamień, zupełnie nie pasuje. Czuję, że to się źle skończy.
Zaczęłam wchodzić po schodach kiedy nie wiadomo skąd obok mnie pojawił się Tomlinson.
- Czego chcesz? - zapytałam ostro. Naprawdę nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Louis spojrzał na mnie chłodnym wzrokiem.
- Mogłabyś chociaż udawać miłą, po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłem - powiedział to tak dumnie, że przez chwilę nie wierzyłam, że to on. Louis nigdy nie był zarozumiały. Zawsze śmieliśmy się z takich ludzi, a teraz wyjeżdża do mnie z takim tekstem. W prawdzie zrobił dla mnie dużo, ale to nie powód aby przesadnie się tym obnosić. Zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak.
- Gdybym wiedziała, że będziesz mnie potem szantażował to bym wcale o to nie prosiła.
- Szantażował? Chyba w życiu nie słyszałaś szantażu.
Przewróciłam oczami.
- Możesz mi powiedzieć po co za mną idziesz? Z tego co wiem, to twój pokój jest w drugim skrzydle.
Louis wzruszył ramionami.
- Nawet słowa nie zamieniliśmy od kąt tu jesteś, więc...
Przerwałam mu.
- Bo wczoraj zostawiłeś mnie z walizką w samochodzie i zwiałeś. Dobrze, że Niall mi pomógł.
Tomlinson prychnął drwiąco. Spojrzałam na niego zaskoczona, byliśmy już prawie na piętrze.
- O co ci chodzi? - zapytałam, zatrzymując się na stopniu.
- O nic - on również się zatrzymał, był ode mnie sporo wyższy - Masz rację, na Nialla zawsze można liczyć.
W jego głosie było słychać ironię.
- Pewnie Zayn też jest bardzo miły? - zapytał znów w ten sam sposób. Nie rozumiałam do czego on zmierza.
- Jesteś dziwny - stwierdziłam w końcu.
- Po prostu na nich uważaj - powiedział cicho, po czym zaczął schodzić po schodach.
Dlaczego wszyscy każą mi tu na kogoś uważać?
- Co ty pieprzysz?! - nie wytrzymałam - Oni dwaj jako jedyni nie są skończonymi dupkami! Dlaczego ci to przeszkadza?!
- Alex, nie krzycz - spokój w jego głosie jeszcze bardziej mnie rozwścieczył.
- Dlaczego?! Bo któryś z twoich kolegów zobaczy, że ze mną rozmawiasz?
- Nie rozumiesz.
- Czego? Tego, że jesteś pierdolonym hipokrytą? Masz rację nie rozumiem.
- Przestań.
- Nie! Ja naprawdę nie chcę tu być, a ty i ten twój kolega mi tego nie ułatwiacie.
Niespodziewanie na moim policzku pojawiły się łzy. Świetnie, znowu płaczę.
- Więc skoro nie potrafisz zapomnieć, o tym co się stało dwa lata temu, to chociaż zostaw mnie w spokoju i mi nie dokładaj. Po skończeniu umowy zniknę i więcej mnie nie zobaczysz.
Łzy kapały mi z linii szczęki na bluzkę. Wyobrażałam sobie jak żałośnie musiałam wyglądać.
Louis patrzył mi prosto w oczy i nawet nie wiem kiedy, znowu był przede mną. Odchrząknął cicho, wyglądał na zmieszanego.
- Niall i Zayn założyli się, który pierwszy cię zaliczy - poczułam się tak, jakbym oberwała w brzuch. Louis chyba to wyczuł, bo dodał.
- Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć.
Niespodziewanie moja broda zaczęła niebezpiecznie drżeć. Zaraz rozkleję się na dobre, ale nie chcę tego zrobić przy nim.
- Dlaczego mam ci wierzyć? - zapytałam drżącym głosem - Dlaczego mi to robisz?
- Po co miałbym kłamać? Żeby cię jeszcze bardziej zgnoić? I tak widzę, że świetnie mi idzie - nie słyszałam satysfakcji w jego głosie, tylko ból. Po co on mi to mówi?
Nie chciałam już go słuchać.
- Tak, idzie ci wyśmienicie - prychnęłam i pokuśtykałam do swojego pokoju, głośno trzaskając drzwiami.


Znowu do późnego wieczora nie ruszyłam się z pokoju. Denerwowało mnie, że jestem takim tchórzem. Powinnam zejść na kolację i stawić czoło Liamowi i Louisowi. Jednak nie potrafiłam. Z resztą na Nialla i Zayna też nie mogłam patrzeć. Nie wiem dlaczego, ale uwierzyłam Tomlinsonowi. Kiedy to mówił w końcu brzmiał jak on, a nie snob.
Westchnęłam, to co się tutaj dzieje jest strasznie popierdolone.
Dzisiejsza noc, jak na sierpień przystało, była ciepła i bezchmurna. Siedziałam na balkonie i oglądałam gwiazdy. Robiłam to już jako mała dziewczynka.
- Meg zaczyna się martwić, czy nie cierpisz na anoreksję.
Odwróciłam głowę i z zaskoczeniem musiałam przyznać, że w drzwiach mojej sypialni stał Harry. Najwidoczniej wrócił.
- Chcę być sama.
- Wiem - powiedział, po czym wziął jedno z krzeseł i usiadł obok mnie.
- Harry, nie chcę cię tu - powiedziała nawet na niego na spoglądając, gwiazdy były ciekawsze.
- To też wiem.
Ta rozmowa była dziwna.
- Więc co tu robisz? - zapytałam.
Harry milczał przez dłuższą chwilę.
- Wiem co tu się działo - mówił powoli - I chcę, żebyś wiedziała, że z Louisem gadaliśmy już z Niallem, Zaynem i Liamem. Teraz powinno być lepiej.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Czy on właśnie powiedział, że Louis mi pomógł? Mimo wszystkiego co do niego wykrzyczałam?
- Nie wierzę, że zmusiłeś do tego Louisa.
- Sam to wymyślił - powiedział z łagodnym uśmiechem - Słuchaj Alex, on naprawdę stara się zapomnieć o przeszłości, ale dla niego nie jest to łatwe.
Nie tylko dla niego, cisnęło mi się na usta.
Pozwalam jednak kontynuować Harry'emu.
- Daj mu trochę czasu.
- Naprawdę wierzysz, że po tym co się stało uda mi się jeszcze z nim zaprzyjaźnić? Bo ja nie. On mi nigdy nie wybaczy.
Harry uśmiechnął się łagodnie.
- Nie wiesz jak wiele można przebaczyć.
Po czym wstał i wyszedł, zostawiając mnie samą ze swoimi myślami.



***
Czyżby Lou nie był aż takim dupkiem?
Okej, dziewczęta bardzo wam dziękuję za miłe komentarze, do następnego postu!

niedziela, 9 sierpnia 2015

6

***
Nie wiem dlaczego, ale wczoraj rozdział dodał mi się niechcący i nie był dokończony, dlatego proszę o doczytanie końcówki.

Pozdrawiam, Rouse xoxo


- Gotowa? - Louis wszedł do sali z wypisem.
- Tak - wstałam z łóżka i wzięłam kule do ręki, niestety okazało się, że mam pękniętą kostkę i muszę chodzić w gipsie - Weźmiesz tylko tą dużą torbę?
Louis kiwną głową. Po chwili oboje już byliśmy w windzie, pogrążeni w ciszy. Strasznie mnie to wkurzało, wolałabym już strasznie się z nim kłócić niż milczeć, bo wiedziałabym co myśli. A tak pozostaje jedną wielką niewiadomą.
Kiedy jesteśmy już na dole i drzwi windy się otwierają, doznaję szoku. Cały hol był zasypany ludźmi z aparatami, mikrofonami i kamerami. Blask fleszy uderzył we mnie z taką siłą, że prawie straciłam równowagę, na szczęście podtrzymał mnie Louis. Nagle spadła na nas taka fala pytań, że nie wiedziałam kogo mam słuchać. Zauważyłam jednak, że szatyn całkowicie to ignoruje, więc zrobiłam jak on i w końcu udało wydostać się z budynku. Tam jednak przywitał nas jeden głośny pisk. Kiedy udało mi się odzyskać słuch i rozejrzałam się dookoła zrozumiałam, że jestem w samym środku chmary rozdartych nastolatek. Bogu dzięki, że Louis szedł z tyłu, bo zaliczyłabym drugi upadek.
Słyszę jak dziewczyny wykrzykują imię Tomlinsona, zupełnie jakby był bohaterem wracającym z misji. O dziwo słyszę też swoje, ale o wiele ciszej. Jednak głośność nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, zastanawia mnie jedynie skąd je znają. Czyżby Louis przedstawił już światu swoją nową dziewczynę?
W końcu udaje nam się dotrzeć do samochodu, ale dopiero po interwencji kilkunastu ochroniarzy. Kiedy jesteśmy już w środku, patrzę przerażona na Louisa, który ma podartą koszulkę.
- Co to było do diabła?
Louis spojrzał przelotnie na szalejące na parkingu dziewczyny.
- Fanki. Przyzwyczaj się - wzdycha - Za moim siedzeniem powinny być ubrania. Znajdź mi tam koszulkę.
- Sam sobie znajdź - prychnęłam.
Usłyszałam jak Louis mówi coś pod nosem, lecz starałam się to zignorować. Wróciłam wzrokiem do dziewczyn na parkingu. Na moje oko mają od jedenastu do szesnastu lat. To są dzieci, a wielbią Tomlinsona jak boga. To chore.
Odwróciłam się znowu do Louisa, aby powiedzieć mu co o tym myślę, ale trafiłam w najgorszym możliwym momencie. Właśnie zdjął podartą koszulkę ukazując przy tym niesamowicie umięśnioną klatkę piersiową przyozdobioną czarnymi tatuażami. Szczęka mi opadła.
- Ślinisz się - rozbawiony głos Louisa wyrwał mnie z szoku. Szybko odwróciłam się do szyby, aby ukryć czerwieniące się policzki.
- Spieprzaj - warknęłam nie racząc na niego spojrzeć. Byłam jednak pewna, że się uśmiecha.

Obudziłam się gdy samochód zatrzymał się już na podjeździe. Przetarłam zmęczoną twarz i dopiero wtedy zauważyłam, że Louisa nie ma obok. Pokręciłam głową, mógł mnie chociaż obudzić. Wyszłam na zewnątrz i wytrzeszczyłam oczy. Spodziewałam się ogromnej willi, bardzo nowoczesnej i wygodnej, bardzo się myliłam. To co zobaczyłam, było po prostu piękne. Był to ogromny dwór, wjazd miał tak długi, że z miejsca, w którym stałam nie widziałam bramy. Przysłaniały ją równo posadzone drzewa i krzewy. Spojrzałam na idealnie przystrzyżoną, zieloną trawę. W oddali dostrzegłam wielką fontannę, wokół której ciągnęły się grządki kolorowych kwiatów i kostka z białego i karmelowego kamienia. Z pewnością ogrodnicy mają tu dużo pracy.
Potem spojrzałam ponownie na dom, który wyglądał jak barokowy pałac. Zbudowany był na planie niezamkniętego dziedzińca, oddzielony od płazu idealnie przyciętym żywopłotem. Jedynie na wjazd był otwór.
Kiedy podeszłam bliżej budowli stwierdziłam, że może z daleka wygląda staro, ale jest odnowiony w zupełnie modernowym stylu. Ściany były jakby wyłożone białymi, matowymi płytami w kształcie pionowych prostokątów, pomiędzy którymi były szczeliny uzupełnione zaprawą w tym samym kolorze. Okna i drzwi były typowo współczesne. Niektóre z okien były nawet częściowo uchylone, o czym w baroku mogli pomarzyć. Drzwi były podwójne, z ciemnego drewna, w niektórych miejscach przeszklone. Zaczęłam wchodzić po schodach wyłożonymi jasnymi płytkami i stwierdziłam, że przy tym budynku musi pracować cały sztab ludzi. Wszystko było idealnie czyste i wypielęgnowane, zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał. Właśnie oglądałam tuje w pięknych ręcznie zdobionych donicach, kiedy drzwi nagle się otworzyły. Miałam szczerą nadzieję, że wyjdzie z nich Louis i łaskawie zaprowadzi mnie do pokoju, jednak czekało mnie rozczarowanie. Wyszedł z nich blondyn w białej koszulce z napisem i ciemnych spodniach. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, co wydawało mi się dziwne, bo słońce dzisiaj nie raziło. Było raczej pochmurnie.
Blondyn zatrzymał się w pół kroku widząc mnie z kulami na pierwszych stopniach. Zdjął okulary i uśmiechnął się łagodnie.
- Widzę, że jesteś w trakcie spinaczki - podszedł bliżej i biorąc mnie pod ramię pomógł wejść do środka - Też niedawno nosiłem gips i uwierz mi, ten dom to schodowe piekło.
Kiedy znajdowaliśmy się już w holu puścił mnie i oddał kulę, abym nie straciła równowagi. Musiałam przyznać, że to co zrobił było bardzo miłe. Podniosłam wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Miał ładne niebieskie oczy, które aż tryskały radością.
- Ty jesteś Alex, prawda?
Odwzajemniłam jego uśmiech.
- Wszyscy już mnie tu znają?
- Zdecydowanie tak - nie odrywał ode mnie wzroku, co trochę mnie peszyło - Jestem Niall i wygląda na to, że będziemy razem mieszkać.
Podaliśmy sobie ręce, a potem Niall pomógł mi wchodzić schodami na piętro. Wydawał mi się naprawdę miły.
- Dużo osób tu mieszka? - Zapytałam, gdy byliśmy już na górze.
Niall pokiwał głową.
- Nasza piątka z zespołu, Meg nasza gosposia, Tobias i jego ludzie, oni odpowiadają za ochronę no i Chris dozorca i West ogrodnik. Bardzo często nocuje tu też Colin i dziewczyna Harry'ego.
- Dziewczyna Harry'ego? Harry ma dziewczynę?
Poczułam nagle dziwne ukłucie w brzuchu. Nie spodziewałam się, że Harry może mieć dziewczynę.
Niall pokiwał głową.
- Tak, Kate.
W dodatku nazywała się jak księżna. Nie wiem dlaczego mnie to zirytowało. Przecież nie powinno mnie to obchodzić.
- Ale prawdziwą czy taką jak ja?
Niall znów cicho się zaśmiał.
- Prawdziwą - kiwną głową na jedne z drzwi - To twój pokój.
Otworzył je i wszedł do środka. Kuśtykałam zaraz za nim, czując ekscytację. Jeśli dom jest tak piękny to moja sypialnia również musi taka być, prawda? Nie myliłam się.
Pomieszczenie było duże, dominowały w nim jasne odcienie zieleni i bieli. Na środku leżał wielki puszysty dywan, który aż się prosił aby się na nim położyć. Na przeciwległej ścianie widniał wielki i zdecydowanie cholernie drogi telewizor, a przed nim stała biała kanapa i jasny stolik z gustownym wazonikiem i żółtymi kwiatkami. W roku pomieszczenia stała wysoka lampa, również w różnych odcieniach bieli, a na suficie wisiał duży żyrandol, bardzo do niej podobny. Jednak to nie one oświetlały pomieszczenie, tylko dwa wielkie okna z jasnymi, trochę przezroczystymi firankami. Za mną, zaraz obok drzwi znajdowało się biurko, na którym dostrzegłam też drogi komputer, i regał z książkami. Świetnie, pomyślałam, będę miała co robić. Po mojej prawej stronie, czyli naprzeciw okien znajdowały się schody z bielonego drewna.
- Na górze masz sypialnie i garderobę, jeśli chcesz to pomogę ci tam wejść.
Pokręciłam głową.
- Potem, muszę teraz iść po torbę z rzeczami.
Już miałam ruszyć do drzwi, ale Niall mnie wyprzedził.
- Przyniosę ją. Czekaj tutaj, zaraz przyjdę - wyszedł z pokoju tak szybko, że nie zdążyłam nawet odpowiedzieć. Westchnęłam i spojrzałam na drzwi, w których przed chwilą zniknął blondyn. Wariat.
Pokuśtykałam do biurka i usiadłam na krześle. Przejście po tych wszystkich schodach i dotarcie do mojego pokoju strasznie mnie zmęczyło. Głupi gips. Muszę się z nim męczyć jeszcze trzy tygodnie.
Odkręciłam się na krześle i spojrzałam na widok za oknem. Widziałam podjazd i samochód Tomlinsona. Nigdzie jednak nie było Nialla. Może poszedł do Louisa po kluczyki czy coś w tym rodzaju.
- Czyżby nasza księżniczka już przybyła? - aż podskoczyłam gdy usłyszałam niski męski głos. Odwróciłam się i w drzwiach zobaczyłam przystojnego mulata. Kurcze niech to nie będzie kolejny mój współlokator. Chłopak przeszył mnie dziwnym wzrokiem.
- A ty to? - zapytałam, może trochę niegrzecznie.
- Jestem Zayn, mam pokój na przeciwko.
Zmarszczyłam brwi, nie pomyślałam, że będę miała sąsiada.
- Wszyscy mają tu pokoje?
Zayn pokręcił głową.
- Tylko ja, ty i Harry. Reszta mieszka w drugim skrzydle, ale mogę cię zapewnić, że tutaj już dużo ładniej niż tam.
Zaśmiałam się cicho.
- Czyli mam szczęście.
Chyba bardziej zadowoliło mnie to, że Louis jest w innym skrzydle niż co, że mam od niego ładniejszy pokój. Chociaż i jedno i drugie mi się podoba.
- Dokładnie - pokiwał głową - Jeśli będziesz czegoś potrzebowała to po prostu zapukaj, z chęcią pomogę.
Uśmiechnął się tak słodko, że nie mogłam nie odwzajemnić uśmiechu.
- Z chęcią skorzystam.
Zayn wyszedł z pokoju zostawiając mnie samą. Pomyślałam o nim, Niallu i Harrym. Cała trójka jest miła i nie zachowuje się jak Tomlinson. Może nie będzie tu aż tak źle?


Po kilku godzinach Niall przyszedł po mnie, aby pomóc mi zejść na obiad. Zgodziłam się, bo byłam straszliwie głodna, a schodzenie po schodach z nogą w gipsie zajmie wieki.
- Alex?
- Tak?
Niall lekko się skrzywił. Zupełnie to do niego nie pasowało, wolałam gdy się uśmiechał.
- Jak będziemy już przy stole poznasz Liama i... Łagodnie mówiąc, nie jest przyjaźnie do ciebie nastawiony.
Zatrzymałam się jak wryta i spojrzałam zaskoczona na Nialla.
- Jak to?
- Potem ci to wszystko wyjaśnię. Po prostu staraj się go ignorować, teraz chodź.
Byłam w szoku. Jak człowiek, którego nawet nie znam, może mnie nie lubić? To takie typowe dla bogatych dupków.
Niall złapał mnie za ramię i wprowadził do jadalni. Kiedy zobaczyłam dziwne spojrzenia chłopaków szybko wyciągnęłam rękę i dalej pokuśtykałam już sama. Blondyn odsunął mi jedno z krzeseł, co było bardzo miło. Uśmiechnęłam się do niego serdecznie i usiadłam, a Niall zajął miejsce obok. Zayn siedział z drugiego boku i kiedy tylko na niego spojrzałam puścił mi oczko. Prawie wybuchłam śmiechem, ale pamiętając upomnienie Niall, ograniczyłam się jedynie do uśmiechu. Przede mną siedzieli Louis z Liamem, przez co miałam na nich idealny widok. Liam wyglądał jak model. Jego brązowe włosy były gładko zaczesane do tyłu, biała koszula perfekcyjnie uprasowana, kilkudniowy zarost i czekoladowe oczy, które właśnie spotkały się z moimi. Szybko spuściłam wzrok i utopiłam go w tak czystym talerzu, że mogłam się w nim przejrzeć. W każdym razie Niall miał rację, w Liamie nie ma nic przyjaznego.
W tym momencie wpadła Meg z obiadem. Kobietę poznałam już wcześniej, kiedy przyszła do mojej sypialni zapytać czy nie pomóc mi w rozpakowywaniu. Jest naprawdę sympatyczna.
Kiedy w końcu zaczęliśmy jeść, cały czas czułam na sobie czyjś wzrok, ale nie miałam odwagi spojrzeć na Liama. Nie wiem o co mu chodziło, ale miałam złe przeczucia.
Nagle cisze przerwał huk i to niestety spowodowany prze ze mnie. Przez przypadek przewróciłam kule oparte o krawędź stołu. Chciała się po nie schylić, jednak Zayn mnie ubiegł.
- Dzięki - ponownie oparłam je w tym samym miejscu.
- Łamaga - usłyszałam i to niestety od Liama. Spojrzałam na niego chłodno jednak powtrzymałam się od komentarza. Wróciłam do talerza z jedzeniem, starając się ignorować zaczepki bruneta.
- Zawsze taka jesteś? Muszę wiedzieć czy mam być ostrożny stojąc obok.
Na jego twarzy malowała się odraza pomieszana z wyższością. Uśmiechnęłam się do niego sztucznie.
- Może nie zginiesz.
- Czy to groźba?
- Tak, przyjechałam tu aby ci trochę pogrozić, fajnie nie?
Poczułam, że Niall kopie mnie lekko pod stołem, na znak, że przeginam. Mam to jednak gdzieś.
- Skoro mamy to już za sobą, to chyba możemy się pożegnać, prawda? - zapytał również się uśmiechając. Jakby przyglądał nam się ktoś głuchy, mógłby zrozumieć, ze ucinamy sobie przyjacielską pogawędkę.
- Z chęcią już bym wróciła, ale niestety muszę tu tkwić.
- Niewiarygodne, że jesteś tak niewdzięczna i jeszcze wybrzydzasz. Miałeś rację Tommo, to mała suka.
Spiorunowałam Louisa wzrokiem. Nie mogłam uwierzyć, że tak o mnie powiedział. Chociaż właściwie mogłam, po tym jak w szpitalu wyjaśnił mi, że nic dla niego nie znaczę.
Wróciłam do Liama.
- Suka, która jest wam potrzebna.
Liam zaśmiał się cicho, po czym oparł się łokciami o stół.
- No właśnie nie do końca, spróbuję to wytłumaczyć, abyś zrozumiała...
- Liam zamknij się - powiedział ostro Niall, jednak Liam nie zwrócił na niego uwagi.
- Jeśli jedna dziwka ci nie pasuje, wykupujesz drugą. Dokładnie tak jest z tobą.
- Alex nie jest dziwką - przyłączył się Zayn.
Poczułam się, jakby Mulat i blondyn byli moimi obrońcami a Tomlinson i Liam oskarżycielami.
- Masz rację - Liam pokiwał głową - Jest dziwką której nie możemy ufać, to jest różnica.
Z każdą sekundą nabierałam coraz większej ochoty, żeby mu przywalić. Byłam przygotowana na ataki ze strony Louisa, a nie jakiegoś Liama, którego widzę pierwszy raz w życiu. Czułam złość, ale też smutek. Powoli łzy zbierały mi się w oczach.
- Dlaczego dla niej taki jesteś? - zapytał Zayn - To normalna dziewczyna, która ciężko harowała, aby jakoś żyć!
Liam spojrzał na niego jak na idiotę.
- Skoro zdradziła Louisa może zdradzić i nas! Po za tym skąd wiesz jak spłacała te długi? Może na zapleczu robiła klientom dobrze dla napiwków! Ona już zawsze pozostanie zdzirą.
- Stary, przesadzasz - o dziwo powiedział to Louis. Nawet dla niego było to za dużo, a co dopiero dla mnie. Jeszcze chwila i wybuchnę płaczem. Mimo to, trzymam się dzielnie i patrzę z pogardą na Liama.
- Nie, dlaczego? Przecież Liam mówi samą prawdę. Jestem zdzirą, łamagą, dziwką. Wszystko pasuje - odsunęłam krzesło i, biorąc kule, wstałam - zrobię wam wszystkim tylko dobrze dla napiwków i znikam.
Zaczęłam kuśtykać to wyjścia, gdy spotkałam Meg.
- Przepraszam, straciłam apetyt - powiedziałam, po czym szybko ją wyminęłam. Poczułam, że łzy zaczynają spływać mi po policzkach. I tak byłam z siebie dumna, że udało mi się tyle wytrzymać.
Naprawdę myślałam, że moim największym kłopotem tutaj będzie Louis, a nie jakiś pierdolony Liam. Usiadłam na jednym z schodków, czując narastający atak płaczu.
Nie wiem, czy dam sobie tutaj radę.